O Afryce można pisać na różne sposoby, częstą manierą jest pisanie w czarnych barwach, przerysowywanie dramatów, podkreślanie biedy, nieznośnego upału i bezprawia – zauważył kiedyś wybity znawca tematyki afrykańskiej, Janusz Tichoniuk aka Yaho de Ville.

Po ostatniej wycieczce do Egiptu i Sudanu przeczytałem, jak to mam w zwyczaju po takich powrotach, kilka związanych z tą wycieczką książek. Tych starych (jak W pustyni i w puszczy, Śladami Stasia i Nel Brandysa, Wojna Emmy Deboragh Scroggins, Chwila przed zmierzchem Kydryńskiego), które już znałem – bo po takich wyjazdach mam zawsze świeże spojrzenie  i jeszcze dwie nowe, które w międzyczasie się ukazały.

Te nowe to Sudan. Czas Bezdechu Konrada Piskały i W pustyni bez puszczy Andrzeja Korybuta-Daszkiewicza.

Opinia Janusza okazuje się wyjątkowo trafna, bo żaden z powyższych autorów, i to od Sienkiewicza począwszy, wspomnianej maniery się nie ustrzegł,  ale autor ostatniej książki posunął się zdecydowanie za daleko.

W zamieszczonej na skrzydełkach okładki notatce (i b. wysoko pozycjonowanej w googlach) czytamy m.in. że pan Korybut-Daszkiewicz studiował historię i dziennikarstwo, karierę dziennikarską zaczął w wieku lat 17 pod kierunkiem Melchiora Wańkowicza, Cata-Mackiewicza i Jasienicy, w dorobku ma prawie 1500 reportaży i 3 książki, a ‚nieżyjący już mistrz reportażu Ryszard Kapuściński wysoko ocenił walory tej książki, określając ją mianem barwnej reporterskiej miniencyklopedii’.

Niestety, dopiero w trakcie czytania tego dzieła zrozumiałem, że padłem ofiarą sprytnego marketingu.

Już tytuły rozdziałów brzmią zupełnie jak z tabloidów, zwłaszcza jeśli skonfrontować je z bzdurną zawartością.

Oto przykłady: „Kanał Sueski ma… 4000 lat!”, „Czy Faraon Cheops był… rajfurem?”, „Jak wstrzymałem odprawę paszportową…”, „Jeden golas pod cyprysem i trzydziestu w bananowcach”, „Które słonie żyją na drzewach?”, „O tym ja boeing wylądował na… Nilu”, „Desant butów na pustyni”, „Bimber z… akumulatorowego elektrolitu”, „Mango z sadu Proroka”, „Śledź z trąbą słonia”, „Przez Radom do ludożerców na truskawki”, „Ostatnie widmo kryminału”

No dobra, może to jednak zasługa jakiegoś redaktora w wydawnictwie Zysk i S-ka – pomyślałem w pierwszej chwili.

Miniencyklopedia Korybuta-Daszkiewicza

„Dla kompanii turystycznych w Egipcie najważniejsze są przede wszystkim Kair z piramidami, nadmorska Hurgada oraz ewentualnie Luksor i Karnak. Teby, tak jak i Aleksandria, już od  wiele rzadziej znajdują się programach biur podróży.”

Po takim zagajeniu przez następnych kilka rozdziałów autor zasypuje nas najróżniejszymi informacjami z historii Egiptu, Greków, Żydów i Starego Testamentu.

Niestety – informacji spisanych jak leci –  bez ładu i składu – z encyklopedii i innych źródeł nie nazwałbym encyklopedycznymi. Nie traktowałbym ich nawet jako informacji wiarygodnych, bo czyż można poważnie traktować autora, który wprawdzie zasypuje nas jak z karabinu maszynowego szczegółami, a nie wie, że egipskie Teby to właśnie Luksor i Karnak?

Przedstawianiu historii Aleksandrii, a w zasadzie sławnych aleksandryjczyków Aleksandra Wielkiego, Ptolemeusza I i II,  Euklidesa, Arystotelesa, Herona, Arystarcha, Archimedesa, oraz historycznych budowli tego miasta poświęca cały pierwszy rozdział, żeby na końcu przyznać, że Aleksandrii nie udało mu się odwiedzić, a wszystkie te mądrości przychodzą mu do głowy… w samolocie, podczas podchodzenia do lądowania w Kairze.

Ulica (Sharia al-Nil) w Chartumie.

W podobny sposób „zwiedzamy” z autorem Port Said, gdzie mieszkali Staś i Nel i wysłuchujemy historii Kanału Sueskiego, gdzie pracowali ich ojcowie. Podobnie, bo i tych miejsc nie oglądał na własne oczy, a  tylko przez chwilę zamajaczyły mu one na horyzoncie.

Zresztą, nawet te opisy nie pozbawione są błędów i nieścisłości.

Ot, choćby bezkrytyczne przypisywanie założenia  Biblioteki Aleksandryjskiej Ptolemeuszowi I Soterowi (choć sprawa nie jest taka jednoznaczna i sporo dowodów przemawia za tym, że jest to dzieło Ptolemeusza II). Z kolei łączenie wszystkich osiągnięć Archimedesa z Egiptem wydaje się też, delikatnie mówiąc, naciągane, skoro uczony całe życie spędził w Syrakuzach, a w Aleksandrii był tylko raz, w młodości.

No dobrze. To tylko spekulacje. Zajmijmy się więc faktami.

W rozdziale o Dongoli autor przeskakuje znowu do Egiptu, żeby przekazać nam, że „sławną wyspą na Nilu jest File. Choć powiedzieć raczej należałoby, iż była. Po wybudowaniu Wielkiej Tamy Asuańskiej dziewięć miesięcy w  roku znajduje się ona pod wodami powstałego wówczas Jeziora Nasera”.

A prawda jest taka, że Wyspa File była zalewana w następstwie wybudowania, a następnie podwyższenia przez Anglików Zapory Asuańskiej, co miało miejsce po roku 1902.

Natomiast po wybudowaniu Wielkiej Tamy Asuańskiej  i powstaniu Jeziora Nasera w latach 60./70. zdecydowano się przenieść cały zespół świątynny (podobnie jak Abu Simbel) na nieco dalej położoną i wyższą wyspę Agilkia, i ta „nowa File” już od 30 lat jest celem popularnych wycieczek z Asuanu. Co autor zresztą kwituje niejasno na końcu tego ustępu, tak jakby to była informacja z ostatniej chwili.

W innym miejscu autor opowiada o zwyczaju obrzezywaniu chłopców u Koptów, jako związanego z tradycją żydowską… mimo że jest to powszechne również wśród Arabów. I nie tylko. Wprawdzie potem w przypisie poprawia się, że jest to powszechne w całej Afryce, ale za to obrzezywanie chłopców pakuje do jednego worka z obrzezywaniem dziewcząt.

Nawet i powszechnie znana historyjka „z królową Sabą i Salomonem” przytoczona jest niedokładnie, a przypominam, że książka Brandysa  „Z Panem Biegankiem po Abisynii” w której już dawno zostało to opisane – była kiedyś lekturą szkolną.

Owszem, w dopełniaczu mamy „królowej Saby”, ale mianownik prawidłowo brzmi – królowa Saby (ang.  Queen of Saba). Bo królowa „Saba” nazywała się Makada. A owocem jej związku z królem Salomonem nie była dziewczynka (jak twierdzi pan Korybut-Daszkiewicz), a chłopiec, o dźwięcznym i łatwym do zapamiętania imieniu Menelik.

Tezie, że ‚Kanał Sueski ma… 4000 lat‚ i ‚jest najstarszą inwestycją techniczną na świecie‚ autor poświęcił cały rozdział.

Najpierw zapoznaje nas z historią kanalarstwa w niedalekiej Babilonii. Potem zaś opowiada o wielkim dziele faraona Mentuhotepa VI z XI dynastii, który już w pierwszym stuleciu drugiego tysiąclecia pne wpadł na pomysł połączenia Morza Śródziemnego z Czerwonym. Tenże faraon miał wg pana Korybuta-Daszkiewicza doprowadzić do przekopania kanału od jednej z odnóg w delcie Nilu aż do Wielkiego Jeziora Gorzkiego, a następni faraonowie dokopali się aż do Morza Czerwonego w okolicach dzisiejszego Suezu.

Na zakończenie tego rozdziału autor raczy nas coraz bardziej odległymi dygresjami, żeby w końcu przekazać nam, popartą obszernym cytatem z Cerama niezmiernie istotną dla historii kanału informację, że w Bolesławcu na Śląsku istnieją zakłady ceramiki artystycznej i użytkowej.

Ale do rzeczy.

Mentuhotep VI był faraonem nie XI, ale z XVI lub XVII dynastii i panował, używając terminologii pana Korybuta-Daszkiewicza, nie w pierwszym, a w czwartym lub piątym stuleciu drugiego tysiąclecia pne.

Jeśli natomiast chodzi  o XI dynastię, to w grę wchodzą Mentuhotepowie od I do IV.

Wygląda na to, że pan Korybut-Daszkiewicz pomylił się w numerkach, co zresztą zdarza mu się i w innych miejscach książki, gdzie ewidentnie myli numery katarakt, czy innych faraonów.

Tylko że… Nie wiem, z jakich dokładnie źródeł korzystał w tym miejscu pan Korybut-Daszkiewicz  – bo ja nigdzie potwierdzenia tych rewelacji nie znalazłem.  Owszem, w kilku miejscach można znaleźć informacje o podobnym pomyśle, ale o żadnych Mentuhotepach w kontekście takich inwestycji nie słychać, bo przypisuje się je faraonowi Senusretowi II (lub III) z XI dynastii.

Co więcej, źródła raczej są zgodne w opinii, że faraońskie projekty utworzenia drogi wodnej od Nilu w rejon Morza Czerwonego przypuszczalnie nie doczekały się pełnej realizacji aż do czasów perskich.

A teraz mój najważniejszy zarzut – nie trzeba wchodzić w szczegóły historyczne, a wystarczy tylko zerknąć na mapę, żeby zorientować się, że wszystkie te podane informacje nijak się mają do karkołomnej tezy o 4000-letniej historii Kanału Sueskiego.

Wszystkie te opisane faraońskie koncepcje dotyczyły bowiem kanału zachód-wschód i połączenia Nilu z Morzem Czerwonym. Tymczasem  Kanał Sueski –  o czym wie każdy bardziej rozgarnięty gimnazjalista – biegnie niemal dokładnie z południa na północ i łączy bezpośrednio Morze Czerwone ze Śródziemnym.

Nie wiem też jak autor rozumie określenie „najstarsza inwestycja techniczna na świecie”. Bo przecież i wcześniej budowano inne kanały (o czym zresztą autor wspomina). No i autor jakby zapomniał nagle o piramidach egipskich, a o Sumerach i ich cywilizacji zupełnie nie słyszał.

W „moim” Sudanie jego mieszkańcy lubili być fotografowani. Nie wyłączając policjantów. Tutaj – komendant posterunku w Delgo wraz ze współpracownikami. (Fot. Marcin S. Sadurski)

W trakcie zwiedzania Meroe Mansur [kim jest Mansur wyjaśniam dalej, w rozdziale pt. Kłopoty językowe] ‚zaskakuje [autora] nie byle jaką informacją.

– Czy wiesz – mówi z tajemniczą miną – że pierwsze w Afryce pismo alfabetyczne pojawiło się właśnie w Meroe? Były to dwadzieścia trzy znaki fonetyczne, których jednak do dziś nikt nie potrafi przeczytać.

To rzeczywiście zaskakujące, bo prawda jest taka, że alfabet meroicki nie jest tajemnicą i właśnie przeczytać teksty meroickie możemy, ale co z tego, skoro nie rozumiemy języka meroickiego.

Autor zdaje się też zapominać, że kilka rozdziałów wcześniej podczas uczonego, ale nieco mętnego wywodu na temat pism egipskich, wspomina „alfabet demotyczny”. Chronologicznie przecież wcześniejszy, niż pismo meroickie. To jak to jest? Czy alfabet może być niealfabetyczny?

Podczas zwiedzania pozostałości Napaty, czyli Jabel Berkel autor serwuje nam kilka informacji na temat świątyni Amona: Interesujące jest, że świątynia ta była kilkakrotnie przebudowywana.

Nie widzę w tym nic interesującego – bardziej niezwykłe byłoby, gdyby jakaś dowolna stara budowla nie była przebudowywana. No nic, rozumiem, że to taka figura retoryczna. Ale czytamy dalej:

Z dokumentów starożytnego Rzymu można się dowiedzieć, że ostatnia przebudowa tego sanktuarium została dokonana z woli rzymskiego prefekta Egiptu… Petroniusza. Tak, tak. Tego samego, którego Henryk Sienkiewicz, powołał na jednego z głównych bohaterów swojej powieści „Quo Vadis”. Oto jaki okręg zatoczyła twórczość Sienkiewicza.

Nie mam dostępu do dokumentów starożytnego Rzymu, ale z tego co czytałem, Napata została przez Rzymian zniszczona i splądrowana. Odbudowali ją dopiero sami Kuszyci, w następnym stuleciu.

Natomiast moją czujność wzbudziła wzmianka o Petroniuszu, gdyż, jak pamiętałem – Sienkiewicz nic o tej afrykańskiej przygodzie swojego Petroniusza nie wspominał. Rzecz jasna, jak mówiła moja pani od historii w szkole podstawowej – „niejednemu psu na imię Burek” i historia zna wielu Petroniuszy.

Po szybkim sprawdzeniu (google twoim przyjacielem) zorientowałem się, że faktycznie, pan Korybut-Daszkiewicz pomylił tym razem „sienkiewiczowskiego” Gajusza Petroniusza zw. Arbitrem Elegantiare (27-66) z żyjącym w poprzednim wieku Gaiuszem Petronius zwanym Petroniuszem Publiuszem (75 – 20 pne), który dwukrotnie pełnił funkcję prefekta Egiptu i faktycznie najechał Kusz.

Zastrzeżenia może też budzić tendencyjny dobór cytowanych materiałów źródłowych. I ich sposób wykorzystania.

Z Mahdiego, cytując Mooreheada ‚Nad Nilem Białym i Błękitnym’, robi pan Korybut-Daszkiewicz maniaka seksualnego, a z jego następcy, kalifa Abdullahiego – rozpasanego homoseksualistę – ‚lubował się i popierał wszelkiego rodzaju orgie i zboczenia seksualne, znajdując również zadowolenie  w homoseksualiźmie.’

Tylko, ze Moorehead nie ukrywa, że opiera się tutaj na relacji Slatina Paszy. Wprawdzie korzystał z tej relacji i Sienkiewicz, ale pamiętniki Slatina, to nie jest, delikatnie mówiąc, obiektywne i wiarygodne źródło.

Opinia samego Mooreheada (który przecież pisze z pozycji Brytyjczyka) nt Mahdiego i mahdystów nie jest już, wbrew pozorom, taka jednoznaczna. Moorehead stara sie przytaczac _róźne_ relacje.

Co więcej w przypadku  relacji Slatina, drastyczne opinie opatruje zastrzeżeniem ‚o ile wierzyć Slatinowi’. A na podstawie lektury całej książki ‚Nad Nilem Białym i Błękitnym’ uważny czytelnik może wyrobić sobie jakieś zdanie, w tym zdanie na temat  reputacji/wiarygodności rzeczonego Slatina.

Tymczasem Pan Korybut-Daszkiewicz pisząc o Mahdim przytacza tylko te drastyczne fragmenty, bez podania kontekstu, co jest jawną manipulacją.

Pytanie, czy po prostu nie przeczytał dokładnie książki Mooreheda, czy też przeczytał i manipuluje świadomie? Jedno jest pewne – znów bliżej tu do tzw. brukowego dziennikarstwa niż do ‚encyklopedii’.

A jeśli już o „dewiacjach” mowa – ciekawe dlaczego nasz autor uwziął się na Mahdiego i Abdullahiego, a nie wspomina o homoseksualiźmie Gordona???

Chartum, Sudan

Wielki Meczet przy Souq Arabi w Chartumie. (Fot. Marcin S. Sadurski)

Przy okazji – wydaje mi się, że Korybut-Daszkiewicz pisząc o współczesnym Sudanie i następcach Mahdiego nie odróżnia ruchu religijnego Ansar od partii Umma.

W paszczy lwa, czyli… witajcie w trzecim świecie

Po wielorozdziałowym, obszernym wstępie autor przechodzi do części „reporterskiej” i opisuje wrażenia ze swojego pobytu w Sudanie, gdzie dostaje się samolotem z Kairu.

Tylko, że…

Już przylot do Chartumu rozpoczyna się niezwykle dramatycznie – na lotnisku agresywni żołnierze poganiają białasów lufami kałasznikowów. Za wymianę pieniędzy na ulicy – można zostać aresztowanym, stracić pieniądze i wylądować w więzieniu. Na kolejnych stronach dowiadujemy się (co potem autor kilkukrotnie to podkreśla), że w Sudanie obowiązuje absolutny zakaz fotografowania.

‚Za robienie zdjęć – nawet jeśli będzie to fotografowanie plenerów – grozi tu kara od kilkunastu miesięcy do kilku lat więzienia.’

Autor uzasadniania w ten sposób fakt, że podczas całego pobytu w Sudanie nawet nie odważył wyjąć się aparatu z walizki.

Zresztą niekonsekwentnie, bo nieco później, jakby zapomina o tym zakazie, kiedy opisując podróż pociągiem zauważa ‚cudzoziemców o europejskich rysach, którzy z zapałem fotografują’ co popadnie. Jeden z nich – nawet ‚za pomocą teleobiektywu’.

‚Na północy toczy się wojna z Egiptem ‚ – to też lekka przesada. W ciągu ostatnich 50 lat Egipt i Sudan podejmowały jakieś lokalne działania wojenne – tzw. spór o Halaib, ale utrzymywały normalne stosunki dyplomatyczne.

‚W spojrzeniu czarnych Sudańczyków na białych przybyszów jest coś z wyniosłego – zda się pogardliwego spojrzenia dromadera.’

Wszędzie wrogość i atmosfera terroru jak w stalinowskiej Rosji, czy Niemieckiej Republice Demokratycznej, i to w wersji bondowo-sensacyjnej.

Co do Bonda, to sam autor sugeruje takie skojarzenia, kiedy to rodacy z Budimexu  jako jedną z lokalnych ciekawostek pokazują mu namiot rozbity przy hotelu Hilton. Zdumienie autora wzbudza fakt, ze jest to ‚namiot urzędowy, ponieważ mieści się w nim dzielnicowy posterunek policji’.

‚Powodowany nieprzepartą potrzebą obejrzenia tak egzotycznego urzędu policyjnego’ próbuje zajrzeć do środka, ale zostaje przegoniony przez policjanta, a następnie obsztorcowany przez przestraszonych sytuacją towarzyszy. ‚I tak przeszła mi koło nosa nowa okazja zostania Jamesem Bondem’ – komentuje autor. No cóż. Jaki Korybut taki Bond.

Coraz bardziej przecierałem oczy ze zdumienia, bo przecież dopiero co z tego Sudanu wróciłem i odniosłem wrażenie, że nie spotkałem w życiu bardziej przyjaznego kraju, z bardziej przyjaznymi i gościnnymi ludźmi. I to włączając mundurowych.

I jeszcze jedno – autor opisuje Sudan i Chartum w sposób, jakiego oczekuje czytelnik mający jakieś tam wyobrażenia na temat tzw. krajów trzeciego świata. Być może taka postawa wynika z jakichś polskich kompleksów w rodzaju „myśmy są Europejczycy”.

Przejeżdżając przez Chartum mija dziurawe ulice,  slumsy, obskurne jadłodajnie:

‚Można zamówić zupę z zielska zerwanego nad pobliskim Nilem, jajko na twardo lub kawałek jakiegoś ptaka pochwyconego wieczorem w krzakach nad rzeką. W konsumpcji przeszkadzać może jedynie duszący smród z palących się opon, a jeszcze bardziej, nieznośny, kwaśny fetor fermentującego szamba, które zewsząd się wylewa.’

Całkiem jak w filmach s-f Szulkina przedstawiających świat po kataklizmie.

Korek przy wyjeździe z Omdurmanu na most do Chartumu. (Fot. Marcin S. Sadurski)

A potem całe dwie strony naigrywa się nasz autor ze stanu, w jakim znajduje się sudańska motoryzacja:

‚Park samochodowy również mieści się w regionalnych standardach. Znaczy to, że wraki na niemieckich, francuskich, a nawet polskich złomowiskach – to luksusowe limuzyny w porównaniu z jeżdżącymi tutaj dziwolągami. […]

Z zasady nie mają reflektorów i zderzaków, które niekiedy zastępuje kawal solidnej deski, przywiązanej do przodu karoserii. Nierzadko taka „limuzyna” nie ma błotników i drzwi, a nieraz i pokrywy silnika. […]

Brakujące lub uszkodzone zamki w drzwiach z powodzeniem zastępują sznurki. […] Zdarza się nawet, że pojazd, niczym drezyna kolejowa, porusza się jedynie na jednej lub kilku gołych felgach, gdyż opony i dętki, to tutaj niebotyczny wydatek.

[…]

Kilka słów powiedzieć też trzeba o innych cechach owych aut, często pamiętających lata 50. ubiegłego wieku. O dziwo! Jednak dotąd jakimś cudem jeżdżą. Większość z nich dymi – niczym parowozy, co jednoznacznie wskazuje na stan silników, gaźników oraz reszty. Najgorsze jednak jest to, że sprawne hamulce w samochodach należą tu do rzadkości. Ale i na to znaleziono sposób. Ponieważ bardzo często podłogi w owych pojazdach dawno powypadały, więc bezpośredni kontakt z ziemią wykorzystuje się bardzo praktycznie. Po prostu, szurając nogami, ma się wraz z kierowcą – osobisty udział w zatrzymaniu auta. Nie trzeba dodawać, że ta metoda najlepsze efekty daje w taksówkach, gdzie – na komendę  szofera – w hamowaniu uczestniczą wszyscy pasażerowie.’

Przepraszam za ten nieco przydługi cytat, ale tutaj pan Korybut Daszkiewicz przeszedł samego siebie. To już jest czysty Szulkin, no, może skrzyżowany nieco z Mad-Maxem.

W każdym razie to jest zdecydowanie inny Sudan, niż ten, który ja widziałem.

Samochody widziane przeze mnie na prowincji to głównie Toyoty Hilux i Hiace (pełniące funkcje minibusów), i czasem Landcruisery  (tych rzecz jasna i tak  znacznie więcej niż w Polsce).

Zdarzają się też rzeczywiście stare ciężarówki m-ki Bedford, niektóre z nich poprzerabiane na autobusy, albo pamiętające angielskie czasy landrovery, ale są one w zdecydowanej mniejszości.  Sporo jest za to nowoczesnych ciężarówek uznanych marek, i chińskich, ale też nowoczesnych autobusów (Yutong).

W Chartumie ciężarówek jest oczywiście mniej, niż na prowincji, za to więcej samochodów osobowych. Oprócz toyot popularne są sudańskie hyundaje, montowane tutaj pod nazwą GIAD, ale reprezentowane są i inne azjatyckie marki. Widziałem też salon czeskiej skody.

W każdym razie stan wizualny samochodów nie odbiega znacząco od tego, co obserwujemy w Polsce, i raczej nigdzie nie widziałem samochodów-wraków takich, jakie opisuje pan Korybut-Daszkiewcz.

Zresztą, proszę spojrzeć na kilka moich zdjęć z chartumskich ulic.

Druga część recenzji: „W pustyni bez puszczy”. Czy autor odwiedził Sudan?

PS. Cytaty w tekście pochodzą ze strony Janusza Tichoniuka (www.yahodeville.com), książki Andrzeja Korybuta-Daszkiewicza „W pustyni bez puszczy”, Wydawnictwo Zysk i S-ka 2009, i Melchiora Wańkowicza „Przez cztery klimaty 1912-1972” – felieton pt. ‚Czaruś w Grobowcu Szujskich’, PIW 1972 oraz z wikipedii (hasło: Góralki).

Marcin S. Sadurski

Marcin S. Sadurski

Jego pasją jest outdoor – żagle, nury, góry, narty, rower etc. Czyta wszystko, całkiem jak Joe Turner w filmie "Trzy dni Kondora". Czasem pisze. I podróżuje… najczęściej palcem po mapie.

Komentarze: 2

ana z maroka 13 września 2010 o 15:41

Oj smutne to wszystko, smutne..

Odpowiedz

witamboji 8 kwietnia 2014 o 16:26

ale bzdurna kjlamliwa ksiazka !!!!! ja tu mieszkam ponad 10 lat i jest to kraj nowoczesny , przyjazny cudzoziemcom nigdy nie widzialam wezy w centrum a samochody choc innych marek sa w dobrym stanie , coraz wiecej Prado i hundai , sudan posiada najnowoczesniejszy chyba system telefoniczny internet jest dostepny dla kazdego za grosze , wszedzie juz jest polaczenie a lotnisko jest ok i nikt tam nie pogania karabinami – nawet 20 lat temu . on nie byl w sudanie i powinien przeprosic sudanczykow i polakow ktorzy tam mieszkaja i pracuja siara parlamentu jest bardzo dluga a koscioly nie sa w uktytych parkach , autor powinien zaplacic kare za zniewazenie kraju i goscinnowci ktora tam uzyslal w maroe tez nie byl i wogule szkoda czasu na te ksiazke , wole jakis madry sience – fiction . bardzo dziekuje panu Marcinowi za prawdziwe opisy i wyjasnienia

Odpowiedz