Słonie chyba już mają luz. Wczoraj w nocy jeden by mnie przejechał, gdybym trochę mniej uważał. No ale wyłonił mi się na czas z mroku. Najbardziej to mnie zdziwiła ich skóra. Nawet nie wiem, jak opisać. jak gumowa kora chropowatego drzewa? – jeśli to ma sens. To dopiero początek historii o bydlątkach z parku Chitwan.

Jeżdżenie na słoniu jest bardziej ciekawe niż przyjemnie. Mocno trzęsie, choć nie powiem, że aż tak mocno, jak w autobusie wczoraj. Jechaliśmy z Katmandu prawie siedem godzin, a jak kto nie wierzy, to mój tyłek zaświadczy. Ponieważ jednak nie wisiałem uczepiony dachu, druga ręką łapiąc plecak, to nie będę twierdził, że zdałem test na prawdziwego twardziela.

Jechaliśmy wzdłuż wyjątkowo malowniczego kanionu rzeki Narayani. Mieliśmy też nad nim blisko godzinny postój. Stuknęły się przed nami dwa busy, lekko, ale zablokowały drogę. Z jakiejś przyczyny ten w stronę Chitwan znalazł się na drugim pasie, zewnętrznym, bo to zakręt. W ogóle to ten ruch już przyjmuję jako coś oczywistego. Automatyzuję. Nie muszę myśleć (czy raczej, nie myślę) wchodząc na ulicę. Spoko, automatyzacja oznacza, że się znam.

Przejażdżki na słoniach to popularne atrakcje turystyczne w krajach Azji Południowo-Wschodniej. (Fot. Ewa Serwicka)

Przejażdżki na słoniach to popularne atrakcje turystyczne w krajach Azji Południowo-Wschodniej. (Fot. Ewa Serwicka)

Wieś Sauraha na obrzeżach parku to już coraz większy ośrodek turystyczny, nadal jednak jest wystarczająco wiele luzu. Przyjezdni zauważalni, ale nie duszący liczebnością. Skolegowałem się z parą Izraelczyków po wojsku. On cztery, ona trzy lata. Ja p… Ale oni chyba w pewien sposób dumni. Ostrzegał mnie Przemo, że ta kategoria straszna, bo wyposzczeni, ale ci bez fajerwerków.

Organizuje nam tu różne rozrywki. Dałem się namówić na pakiet – jeszcze mi brak zdolności negocjacyjnych, cholera – ale juz zredukowałem dysonans pozakupowy. Nie poszedłbym pewnie na tańce miejscowego ludu Tharu, zagrożony cepelią, ale okazało się, że całkiem ciekawe. OK, pod publikę, ale tańców ludowych, które bez problemu zastosujesz na parkiecie klubu w Europie, jeszcze nie widziałem. Parę muszę zapamiętać, biodrem zawijanie robiło na paniach wrażenie. Same chłopaki tańcowały, w rytm rytmu, który akurat nie zachwycał.

Zaprowadzili nas też na zachód słońca. Słońce schowało się za chmurą dobre 20 stopni nad horyzontem i tyle było atrakcji. Od widoków znacznie ciekawsze są jednak dźwięki. To jednak skraj dżungli. Nie tygrys czy słoń, ale ptaków i owadów miliony. Zapachy też wiejskie. Dla mnie mocno rozpoznawalne: siano, bydło i kurz, czyli droga do stajni (jak w moich rodzinnych D.N.)

Co do krów, to gapiłem się jednej w oczy. Wśród piękności, które musi posiadać idealna Kumari (wspominałem o niej ostatnio u siebie na blogu) są też oczy jak u krowy. Zatem nie pojąłem, jak na razie.

Wśród bydła też słonie, dużo słoni. Jedyny znany mi gatunek udomowiony na siłę. Różnym psom, kurom i jakom to się jednak ewolucyjnie opłacało. No i niestety, wygląda na to, że prawda co powiadają, że słonia trudno złamać. Przy mnie ok, ale ten jeden wczoraj z przednimi nogami ciasno związanymi, żeby nie uciekł… au.

A z grzbietu widać było dżunglę, ptaki, małpy, sarenki hurtem oraz dwa nosorożce. Te ostatnie nas olewały i dobrze, bo ponoć groźne bestie. W odróżnieniu od tygrysów z chęcią atakują. Przewodnik powiada czmychać na drzewo i że na szczęście drzewa do wspinaczki podatne, ale oni chyba śnili, albo te nosorożce oglądali w zoo. Nie wiem, co to za gatunek, ale tutejsze typowe drzewa, wąskie, gładkie, pionowe, a pierwsze gałęzie na wysokości dziesięciu metrów i więcej.

Przewodnik powiada też, że tygrysa można zobaczyć tylko jeśli ma się „wyjątkowe szczęście”. Zaprawdę, idziesz w las, twój przewodnik ma do obrony pałkę bambusową, a spotkanie z morderstwem na czterech nogach ma być „wyjątkowym szczęściem”? Ja do obrony nie mam nic, mam za to ubezpieczenie, zatem rodzina, jak nie moim powrotem, to się przynajmniej zwłokami nacieszy.

Przepraszam, nie mogłem do końca wytrzymać bez budowania mitologii niezłomnego podróżnika. Jeszcze byście pomyśleli, że to wcale nie takie wielkie wyzwanie i też chcieli przyjechać.

Jan Marković

Jan Marković

Człowiek, który nie zna się na podróżowaniu, ale od czasu do czasu to robi - dlatego, że lubi dni, które pamięta się w całości, a o takie łatwo w drodze. W trakcie swoich wycieczek zdobył wiele wrażeń. Niektóre spisał.

Komentarze: 2

Michał 18 marca 2011 o 10:24

Drogi Autorze.
Wsadzasz tym artykułem przysłowiowy „kij w mrowisko”.
Tylko patrzeć jak przybiegnie tutaj z odsieczą sławetny Tomaszek M.(nazwisko celowo niedostępne) i zacznie równać Cię z odchodami Twojego wierzchowca.Wszak to nie godzi się turyście korzystać z usług transportowo-słoniowych.Zostaniesz wyklęty od czci i wiary.A kysz maro nieczysta. :-)

Odpowiedz

janyugo 19 marca 2011 o 8:36

Boj sie boga z tymi odchodami. Slon to zwierze masywne i wysokie. Innymi slowy: „Things once seen cannot be unseen”.
Fakt, ze tresura slonia to raczej kij niz marchewka.

Odpowiedz