Istnieje przekonanie, że Ameryka Południowa to kontynent biedy, Trzeci Świat, terytorium zacofania i nędzy. Stereotyp chyba najzagorzalej pielęgnowany przez samych mieszkańców regionu. Popularna opinia rozpowszechniona na południe od Stanów Zjednoczonych głosi, że biały jest bogaty, śniady zaś – biedny, i to kosztem tego pierwszego, w prostej linii. Wielu nawet w to wierzy, i jedzie do Kolumbii czy Kostaryki ratować świat: zostawiać dotacje i jałmużny, pracować w wolontariacie i chodzić po ulicach z poczuciem winy. Zanim – jako biali, bogaci, uprzywilejowani, ale uświadomieni – nałożymy na siebie pokutny wór, warto zastanowić się, ile w tym wszystkim prawdy.

Kolorowe czasopisma podróżnicze, telewizja i internet pełne są obrazów latynoskiej nędzy. Jej symbol stanowią gigantyczne dzielnice biedy, gdzie ściany domów zbudowano z gliny lub nieotynkowanych pustaków, podłogę stanowi klepisko, a dach – kawałek blachy. Na panoramicznych zdjęciach publikowanych przez klasowych fotografów bieda ciągnie się od lewej do prawej i od pierwszego planu po horyzont.

Jednym z największych takich dzielnic – slumsów, favel czy barrios – jest Petare, stanowiące sporą część miasta Caracas. Jeśli jednak podejdziemy nieco bliżej, okaże się, że lwia część tych odrzuconych przez społeczeństwo nędzarzy dysponuje anteną satelitarną. Dalej, powszechne przekonanie głosi, że cała Ameryka Południowa to obszar ubóstwa, a jak już zaznaczyliśmy w naszym przykładzie: Petare stanowi sporą, ale jedynie część Caracas. A reszta?

Dzielnic ubóstwa oplatających ciasnym kręgiem latynoską stolicę ropy naftowej jest znacznie więcej, ale oprócz nich znajdziemy szklane biurowce, osiedla porządnych, dziesięciopiętrowych wieżowców mieszkalnych, eleganckie bloki z lat pięćdziesiątych, czy wreszcie całe hektary mniej lub bardziej luksusowych dzielnic domków jednorodzinnych, z uzbrojonymi strażnikami, elektrycznym ogrodzeniem, drutem kolczastym, bramą, basenami i tak dalej. Na podjazdach stoją obowiązkowo po dwa czy trzy samochody, z czego co najmniej jeden to gigantyczna terenówka o oponach takiej wielkości, że chyba muszą je zamawiać w bobrujskiej Biełszynie.

To nie jest jakiś tam wyjątek, wąska elita europejskich ekspatów czy północnoamerykańskich emerytów, tylko całkiem pokaźna część społeczeństwa. Podobnie sytuacja ma się w Gwatemali czy Kolumbii, Meksyku lub Salwadorze. Dlaczego fotografowie międzynarodowych agencji prasowych z taką monotonią wyszukują akurat ubłoconych po pachy bosych dzieci o zakłopotanej minie właśnie w Ameryce Łacińskiej? Ja też w dzieciństwie chodziłem po osiedlu upieprzony w błocie jak ostatnie nieszczęście, ale Associated Press jakoś się mną nie interesowało.

Nikt też nie pokazuje gigantycznych centrów handlowych, ulic zakorkowanych najnowszymi modelami toyoty czy dziewczyn ubierających się w ciuchy najdroższych światowych marek. A to też jest część rzeczywistości latynoamerykańskiej i nie widzę powodu, by ją zatajać. Może gdyby na okładkę National Geographic zamiast scenek z Petare trafiły scenki z Chacao – biznesowa dzielnica Caracas, czyli wieżowce, porządek i policjanci w białych rękawiczkach – to po prostu nikt by w to nie uwierzył? Założę się, że sporo ludzi na świecie sądzi, że na południe od Stanów Zjednoczonych pewnie w ogóle nie ma prądu.

Znajomy Hiszpan, Alberto, opowiedział mi dość typowe zdarzenie ze swojej podróży po Ameryce Południowej. Jeden z tych walczących o prawdę i sprawiedliwość światową i historyczną mieszkańców Wenezueli zarzucił mu, że to przez nich, przez Hiszpanów, cały kontynent został poddany wyzyskowi i tak dalej, a on, Alberto, dziedziczy po nich tę winę.

Chłopak odpowiedział mu zgodnie z prawdą: – Zaraz, zaraz, ja jestem potomkiem tych, którzy zostali w na Półwyspie Iberyjskim. To twoi dziadowie przypłynęli kiedyś z wyprawą Kolumba czy Corteza, wyrżnęli pokaźną część ludności rdzennej i wywieźli srebro.

Prawdą jest, że „odkrycie” Ameryki skąpało kontynent w krwi. Prawdą jest również, że światowe potęgi: na początku Hiszpanie i Portugalczycy, potem Holendrzy, Francuzi i Anglicy, a wreszcie: Stany Zjednoczone, ingerowały w sprawy kolonii, a później niepodległych państw, utrudniając im harmonijny rozwój. Smutnych faktów, takich jak zlecona przez Brytyjczyków wojna w Paragwaju w końcu XIX wieku (kraj opierał się ekspansji angielskich eksporterów i wzorowo rozwijał własną produkcję, co na wyspach niespecjalnie się podobało), w której zginęło jakieś dziewięćdziesiąt procent męskiej populacji kraju (!), jest więcej. Rzecz jednak w tym, że te wydarzenia nie są tak prostolinijne, jakby chcieli niektórzy: nie ma tylko białych lub tylko czarnych bohaterów.

Większość z krajów Ameryki Łacińskiej od początku XIX wieku jest niepodległa. To dużo czasu, biorąc pod uwagę, że niepodległa historia Polski jako kraju o współczesnych granicach, ustroju i składzie etnicznym ma raptem niecałe trzydzieści lat. Ale że my mamy dziesięciowieczną historię? A co, w Ameryce wcześniej nie było rdzennych cywilizacji, może starszych niż słowiańska osada w Biskupinie? Że to złe porównanie, bo przecież skład narodowy dzisiejszej Gwatemali powiedzmy to nie to samo, co w państwie Majów? A co, III Rzeczpospolita to to samo, co Korona w unii z Księstwem Litewskim? W Gwatemali mamy obecnie ponad pięćdziesiąt procent Majów. W Polsce: dziewięćdziesiąt kilka procent ludzi mówiących po polsku (przyjmuję kryterium językowe, bo narodowość to stosunkowo nowy wynalazek), podczas gdy w II RP było to sześćdziesiątkilka procent, a w XVII wieku: solidnie mniej niż pięćdziesiąt. Wniosek: przynajmniej w kwestii etnicznej, Gwatemali prekolumbijskiej bliżej jest do Gwatemali współczesnej, niż współczesnej Polsce do Polski sprzed zaborów.

Uporawszy się z tą wątpliwością, wracamy do głównego wątku, czyli że kraje Ameryki Łacińskiej od dość długiego czasu stanowią byty niepodległe, a zatem same decydujące o własnym losie. No to teraz ktoś poda tę niepodległość w wątpliwość i powie, że przecież zwłaszcza Stany Zjednoczone prowadziły agresywną politykę na kontynencie. Że tłamsiły lokalnych producentów zalewając rynek swoim towarem, że wyżyłowały poszczególne kraje z ich bogactw naturalnych, utrzymywały dyktatorów i tak dalej. No dobrze, dobrze, ale ktoś na to pozwolił. I to nie byłem ani ja, ani prezydent Stanów Zjednoczonych, tylko prezydenci Kolumbii, Boliwii, Wenezueli i tak dalej.

Że to przez korupcję? A co to, w innych częściach świata nie ma korupcji? Że to wina gringos, bo przekupili tego czy innego polityka czy całą krajową elitę? No OK, ale ktoś się zgodził przyjąć te łapówki i były to elity latynoamerykańskie. Polityka międzynarodowa nie działa jako organizacja humanitarna i nikt nie będzie dbał o interesy dajmy na to Ekwadoru, jeśli tego nie zrobi sam Ekwador.

Sytuacja jest w zasadzie dość zabawna. Przyznam się bez bicia, że z tą Gwatemalą to było trochę naciąganie. To znaczy: to co napisałem o tym kraju jest prawdą, ale fakt faktem, że to – razem z Boliwią – przypadki dość nietypowe. W krajach takich jak Kostaryka, Argentyna czy Wenezuela udział ludność rdzennej w ogóle populacji to nie więcej niż kilka procent. A co to znaczy? Że mieszkańcy to w większej mierze potomkowie europejskich kolonizatorów, wielu ma powiązania z rodzinami samozwańczych caudillos – regionalnych dyktatorów, w których obfitowała amerykańska historia. I oni potem krzyczą i żalą się, że biali ich okradli. Biali, czyli… oni sami?

Uwaga: podkreślam, że nie próbuję rozgrzeszać nieczystej gry światowych potęg, których grzechy na kontynencie amerykańskim są niepodważalne, i każdy może sobie o nich poczytać do woli na przykład w książce Otwarte żyły Ameryki Łacińskiej zmarłego przed kilkoma tygodniami urugwajskiego pisarza Eduardo Galeano. Chcę jedynie zaznaczyć, że wina nie leży tylko po jednej stronie. Tymczasem wielokrotnie spotykam się w Ameryce nawet ze złym traktowaniem, z obelgami pod moim adresem. Dlaczego? Bo jestem biały. A jak biały, to znaczy, że to przeze mnie oni: Gwatemalczycy, Kolumbijczycy czy Meksykanie są biedni. Bo co, bo jem tanie banany z Kostaryki?

Tak się składa, że byłem na tamtejszych plantacjach: robotnicy spędzają popołudnia i wieczory ładując piwko za piwkiem i jakoś nie wyglądają na zamęczonych przez system. Moi rodzice to nauczyciele, więc przykład podrzucę tematyczny: w Kostaryce młody nauczyciel zarabia jakieś 1500 dolarów miesięcznie, a jeśli pracuje poza miejscem zamieszkania, dorzucą mi jeszcze wynajęcie domu gratis. Pensję polskiego młodego nauczyciela może lepiej okryję zasłoną milczenia. Ale jest to coś rzędu trzy razy mniej.

No więc dobrze, więc ja jem te banany i przez to Kostarykańczycy piją to okropne rozwodnione piwo w małych butelkach. Ale czekaj czekaj, a ty, mój bracie z Kolumbii, Salwadoru czy Wenezueli: gdzie wyprodukowano tą śliczną podróbkę Armaniego, którą masz na sobie. W Chinach. I ile za nią zapłaciłeś? Aha, tyle co nic. I myślisz, że wobec tego ci ludzie, którzy to produkowali, zarabiają świetnie? No, także pilnuj się ze swoimi argumentami.

Ale wy chcecie czegoś bardziej historycznego, prawda? Bo teraz świat stanął do góry nogami i wszyscy się nawzajem wykorzystują, a wcześniej tak nie było. W porządku, cofnijmy się do czasów kolonii. Powszechna opinia głosi, że amerykańskie złoto w XVI wieku wyrwało Europę z zastoju, z kryzysu i głodu po wojnach i epidemiach (nie wiem od kiedy złoto się je, ale niech i tak będzie).

Okej, przyjrzyjmy się sytuacji na przykładzie Polski: kraj skorzystał na zamorskich wyprawach, bo wzbogacona kruszcami Europa zaczęła kupować nasze zboże na potęgę. Świetnie. Cała Rzeczpospolita spływała Wisłą ze swoją pszenicą, a na jedną z tratw władował się zapewne przodek Przemka Cwynara, który kilka wieków później powtórzył ten wyczyn na drzwiach od kibla. W mniej lub bardziej bezpośredniej konsekwencji dla chłopa cała ta zbożowa hossa oznaczało dłuższy dzień pracy i większy obowiązek pańszczyźniany. Do tego dochodzi fakt, że szlachty, która na tym skorzystała, było może dziesięć procent, a potem coraz mniej, bo wyrżnięto ją lub wygnano po powstaniach i na wojnach. To znaczy, że ja i ty najprawdopodobniej mamy stuprocentowo chłopskie korzenie, i wobec tego w swoim czasie dzięki kolonizacji Ameryki nasi pradziadowie dostali w dupę. Dokładnie tak jak Majowie.

W Ameryce Łacińskiej lubi się zapominać o tym, że w Europie również panował porządek klasowy. Że to, co Hiszpanie wprowadzili w od Meksyku na południe to nie był jakiś niu dizajn specjalnie dla nowego świata, tylko to samo, co znali ze swojego własnego kraju. Jak się okazało, że ludność rdzenna padła jak muchy na europejskie zarazy to wprowadzili pewne nowinki, takie jak niewolnictwo, ale jeśli murzyn ze Złotego Wybrzeża harował dzień i noc na polu hiszpańskiego pana, to znaczy, że hiszpański pan podobne stosunki przyniósł ze swoich europejskich włości.

Nie mówię już nawet o manipulacjach polityków z Chavezem na czele, którzy obwiniają mroczną Europę za całe zło, ale nawet historycy i socjologowie, jak np. Emiliano Mantovani w książce El fantasma de la Gran Venezuela, popełniają jakieś dziwaczne histerie ze względu na globalną niesprawiedliwość. Żali się Mantovani, że w Europie to już pod koniec XVIII wieku przyszła Rewolucja Francuska z ideałami wolności, równości i braterstwa, a w Ameryce Południowej – wyobraźcie sobie państwo! – dalej panował system klasowy. No skandal. Ale żuczku misiaczku Mantovani, to że sobie tam cycata Francuzka wbiegała z trójkolorową flagą na barykadę, to nie oznacza, że naraz na całym kontynencie zapanowała wolność, równość i uwłaszczenie chłopów. Pierwsze masowe zmiany zaszły gdzieś tam w okolicy Wiosny Ludów, pół wieku z górką później, a to i tak nie wszędzie.

No ale przecież liczby, liczby mówią same za siebie, że jest nierówność i w ogóle! W porządku, jak lubicie liczby, to proszę ja was bardzo, nie ma problemu. Jakie liczby lubicie, może być produkt krajowy brutto na osobę? Jasne, że jedna liczba nie mówi wszystkiego o sytuacji ekonomicznej populacji, ale akurat ta, PKB per capita, informuje nas całkiem nieźle ile to w kraju produkuje się średnio dóbr na mieszkańca. Ale umówmy się: wy tam w Ameryce macie północ i południe, a my tu w Europie mamy zachód i wschód. Porównam południe Ameryki ze wschodem Europy.

Produkt Krajowy Brutto na osobę dla Ameryki Łacińskiej i Europy Wschodniej, opracowane według danych Banku Światowego za rok 2013:

Kraj PKB per capita w $
Grecja 21956
Czechy 19844
Słowacja 18046
Urugwaj 16350
Chile 15732
Argentyna 14715
Rosja 14611
Wenezuela 14414
Polska 13648
Chorwacja 13608
Węgry 13481
Brazylia 11208
Panama 11037
Turcja 10972
Meksyk 10307
Kostaryka 10185
Surinam 9826
Rumunia 9499
Kolumbia 7831
Białoruś 7576
Bułgaria 7499
Czarnogóra 7107
Peru 6662
Serbia 6354
Ekwador 6003
Belize 4894
Macedonia 4839
Bośnia i Hercegowina 4662
Albania 4659
Paragwaj 4265
Ukraina 3901
Kosowo 3877
Salwador 3826
Gujana 3740
Gruzja 3605
Armenia 3505
Gwatemala 3478
Boliwia 2868
Honduras 2291
Mołdawia 2239
Nikaragua 1851

No i co wyszło? Świetnie, pierwsze trzy państwa rzeczywiście są z Europy, ale kolejne trzy z Ameryki, a dalej jedni i drudzy są całkiem jednorodnie wymieszani: nie ma piorunującej różnicy, przepaści w bogactwie między Ameryką Południową a Europą Wschodnią. Mimo to jeśli ten Bułgar, Ukrainiec czy Polak pojedzie do Wenezueli czy innej Kolumbii, zaraz go obwołają bogaczem. Bo jest Europejczykiem, a wszyscy w Europie są bez wyjątku – bogaci. No a na dodatek – bo jest biały. Tak kochani moi, rasizm działa w dwie strony. No dobrze, to czemu w telewizji pokazuje się nędzę ekwadorską, a nie mołdawską? Po pierwsze dlatego, że to się lepiej sprzedaje: w Ekwadorze są ładniejsze kolory, no i wszyscy wiedzą, że to coś koło równika, a Mołdawię pół świata gotowe byłoby pomylić z Kazachstanem.

A poza tym, to warto popatrzeć także na inne bardzo pouczające numerki. Jest taka statystyka, zdaje się Międzynarodowego Funduszu Walutowego, która obrazuje dystrybucję bogactwa w poszczególnych krajach. W Europie – także w Polsce – na ogół najbogatsze 20% populacji posiada coś rzędu 40% bogactw kraju. W Ameryce Łacińskiej: koło 60%. I tu jest klucz do zagadki. Ameryka Łacińska nie jest żadnym kontynentem ubóstwa. Jest kontynentem nierówności. I jeśli zbliży się do was młody Kolumbijczyk i nachalnie zacznie was nagabywać o „łan dolar”, skierujcie go do jego rodaków. Oni mają dużo więcej niż wy, serio.

Może od razu sprostuję: nie chodzi o to, żeby nie pomagać. Chodzi o to, żeby się nie dać naciągać. Żeby nie dać sobie wmówić, że jesteście biali, więc jesteście coś komuś winni. Ludziom w potrzebie trzeba pomagać, jasne, i niezależnie od tego, czy są obywatelami Szwajcarii czy Zimbabwe. Wielu przyjęło jednak wizję, że Ameryka Południowa to kontynent do zostawiania pieniędzy, i efekty widać. Niejeden wolontariusz zwłaszcza w Ameryce Środkowej opowiadał mi jakie są skutki tego, że cały świat chce „pomóc”: lokalna społeczność nie robi nic. Czeka na datki, na darmowych nauczycieli, na to że im ktoś szkołę wyremontuje i tak dalej. Bo oni są biedni. Bo są z trzeciego świata. Bo oni nic nie mogą, bo ich okradziono, a teraz im się należy. Ubóstwo oczywiście istnieje, ale bardzo często jest to ubóstwo mentalne.

Znajoma lekarka z Maracaibo opowiadała mi o przypadkach dzieciaków na granicy śmierci głodowej, które trafiają do szpitala, w którym pracuje. Bywa, że medycy odwiedzają potem ich domy, żeby sprawdzić, jaki jest problem w rodzinie. W szałasach z gliny krytej dziurawą blachą zastają czterdziestokilkucalowy telewizor, antenę satelitarną, gigantyczne głośniki i sprzęt grający, wieżę skrzynek po piwie i matkę przeglądającą fejsbuka na swoim nowym ajfonie. No tak, na jedzenie dla dziecka już nie starczyło.

A potem tragedie w telewizji podają, że huragan zerwał tyle a tyle dachów w Hondurasie czy Belize. On ich nie zerwał. Bo żeby coś zerwać, to to coś musi być najpierw przymocowane. A te dachy często zwyczajnie leżą na domach, czasem przyłożone kilkoma kamieniami, bo nikomu nie chciało się ich przymocować porządnie. Woleli kupić telewizor, położyć się przed nim i chłonąć browar za browarem. A my? My jesteśmy lepsi? Nie, u nas po prostu jest zimno, więc zanim się kupi telewizor i browary, człowiek jest jednak zmuszony wybudować sobie porządną chałupę, żeby mu dupa nie zmarzła.

Pierwszego stycznia dwa tysiące piętnastego roku ruszyłem rowerem na Gran Sabanę. Pamiętam, że dziewczyna, u której się tam zatrzymałem, narzekała na kryzys i biedę w Wenezueli: jest tak źle, że na naszym osiedlu z czterech basenów funkcjonują już tylko dwa. A potem przez całe sześćset kilometrów do granicy z Brazylią nieustannie mijały mnie samochody, bo sezon, wakacje noworoczne. To nie były dziesiątki, nawet nie setki, tylko tysiące ogromnych terenówek, wyposażonych w cały komplet nieużywanych jeszcze narzędzi, że do wyciągania z błota, że namiot dachowy, wszystko firmowe, świecące i kosztujące w sumie kilkadziesiąt czy -set tysięcy dolarów. Nieraz ich spotykałem twarzą w twarz. Wzdychali tylko i mówili: wy to macie dobrze w Europie, bogaci, możecie sobie jeździć, a ja za parę dni muszę wracać do pracy. Masz telewizor? – pytam go. No jasne, jeden u mnie w sypialni, taki czterdzieści dwa cale, drugi u córek, trzeci u chłopaków, trochę większy, bo oni to lubią mecze, i jeszcze kino domowe w salonie. Za jeden z tych telewizorów mógłbym pewnie podróżować dobrych kilka miesięcy.

Cztery lata temu portorykański zespół Calle 13 wypuścił swój kolejny hit, piosenkę Latinoamerica. Muzyka, tekst, teledysk, wszystko skomponowane w taki sposób, że nie sposób się nie wzruszyć: mi zawsze przechodzą po plecach ciarki, gdy oglądam to wideo. I zdaje się nie tylko ja, bo nagranie wrzucone na youtube ma już blisko czterdzieści milionów wyświetleń: każdy zna Latinoamericę Calle 13. Piosenka zaczyna się tak: Jestem, jestem tym, co zostawili, jestem resztką tego, co zrabowali. Lud ukryty na szczycie góry, moja skóra jest wygarbowana i dlatego wytrzymuje dowolny klimat. Jestem fabryką dymu, rolniczą siłą roboczą dla twej konsumpcji i tak dalej w tę modłę. Tekst zawiera dużo prawdy, ale jeszcze więcej stereotypów. Należy rozumieć, że nigdzie indziej na świecie nie ma rolników, czy o co chodzi?

Według mnie problem tego utworu zaczyna się w momencie, gdy ludzie zaczynają stosować go wprost, to znaczy: utożsamiać się z tym, o czym mówi tekst – trudno by było inaczej, jeśli kolejne wersy zaczynają się od „jestem”. Wielu się na to łapie, i potem powtarza, że jesteśmy tymi oszukanymi, obrabowanymi, zmaltretowanymi. I nie chodzi o to, że to nie jest prawda – bo po części owszem, tak było – ale to tak jakbyśmy my, Polacy, twierdzili, że nasza identyfikacja narodowa polega na tym, że Niemcy w drugiej wojnie zrobili nam z dupy jesień średniowiecza. To prawda, zrobili, ale my, Polacy, to coś znacznie więcej, i z tym znacznie więcej możemy śmiało iść do przodu.

Podobnie Ameryka Łacińska: to niewyobrażalne bogactwo kulturowe, intelektualne i naturalne, a zamykanie się w tym kółku biadolenia nad historią sprzed pięciuset lat powoduje, że nie mogą ruszyć w przyszłość (mówi o tym książka Anclaje del Subdesarrollo (Zakotwiczenie w zacofaniu) Caroliny Branger; nie udało mi się jej dostać, zdaje się, że wszystkie sześć edycji rozeszło się co do egzemplarza). Taka narracja jest bardzo na rękę populistycznym przywódcom – Chavez uwielbiał Calle 13! – bo zgodnie z nią mogą oświadczyć, że nie mogą zrobić nic, że to nie ich wina, że bieda, przemoc i niedorozwój spowodowały Stany Zjednoczone, Europa, opozycja, Marsjanie, iguana, słowem: wszyscy, tylko nie oni sami.

I dopóki będą ludzie, którzy w to wierzą, dopóty podróżując po gościnnej ziemi Ameryki Łacińskie zdarzać ci się może słyszeć raz na jakiś czas spierdalaj gówniany Jankesie. Jankesie? Jankesie, przecież wiadomo, że wszyscy biali są z USA, weź sobie przykład pierwszy z brzegu: Barack Obama.

Wojtek Ganczarek

Wojtek Ganczarek

Wychodząc w góry, wracał po tygodniu. Wyjeżdżając autostopem, docierał po dwóch miesiącach. A jak wsiadł na rower, tak go nie ma. Pisze tu: Fizyk w podróży.

Komentarze: 8

sz 17 maja 2015 o 14:20

Siemasz, świetny artykuł. Naprawdę świetny; nasze obserwacje po 3-miesięcznej podróży po Meksyku i Am. Centralnej były generalnie takie same, choć może nie aż tak wnikliwe. Co ciekawe, nasi rozmówcy z Europy Zachodniej zazwyczaj nie podzielali naszej opinii. Ale punkt widzenia zależy często od punktu siedzenia.

Odpowiedz

Monika 17 maja 2015 o 17:46

Świetny artykuł – polecę go tym, którzy maja poczucie winy wyjeżdżając gdzieś poza Europę.

Odpowiedz

Tobi 17 maja 2015 o 19:17

Akurat tabelkę z PKB trochę naciągnąłeś, bo jak popatrzysz na parytet siły nabywczej, to już wyraźnie widać różnicę między państwami wsch Europy, a Ameryką Płd.

Odpowiedz

Wojciech 17 maja 2015 o 19:24

Problem w tym, że zawsze się znajdzie takie numerki, w których jedni lub drudzy wypadną lepiej. Bo jeśli spojrzysz na możliwości radzenia sobie z biedą: w krajach latynoskich jesli nie masz kasy możesz po prostu wyjść przed dom i zacząć sprzedawać lody domowej roboty. W Polsce odwiedzi cię zaraz zus, krus, urząd skarbowy, inspekcja sanitarna, pzu, zhp, awf i po biznesie. Znaczy się: w kwestii doraźnego radzenia sobie z problemem masz związane ręce. Na legalnym rynku pracy brak, a z tych lodów na zus ci nawet nie starczy. Możesz jedynie siąść i zapłakać.

Odpowiedz

Wojciech 17 maja 2015 o 19:26

A tak idąc na łatwiznę i korzystając z wikipedii, to ja w tym parytecie siły nabywczej nie widzę jakiejś zdumiewającej różnicy między europą wsch a ameryką poł

http://en.wikipedia.org/wiki/Purchasing_power_parity#/media/File:PPP2003.svg

Odpowiedz

tb 21 maja 2015 o 3:49

Swietne! Dodalbym jeszcze krwawa i oplywajaca w niewinne ofiary wojne o islas malvinas ktora bezwzgledni i rzadni ropy brytyjczycy brutalnie zagrabili od nikogo a potem nie chcieli nigdy oddac…

Odpowiedz

Ola 10 września 2015 o 14:23

Świetny artykuł, brawo!

Odpowiedz