Po kilku dniach spędzonych w Gilgit wreszcie udało nam się wybrać w góry do miejsca, którym wszyscy podróżnicy tak się zachwycają, czyli do Fairy Meadows i do Base Camp pod Nanga Parbat. Miała to być wycieczka lekka, łatwa i przyjemna, a okazała się sporym sprawdzianem…

Wczesnym rankiem wyruszyliśmy z naszego ulubionego hostelu „Madina” na dworzec autobusowy, żeby złapać transport do Raikot Bridge (most łączący brzegi rzeki Indus), skąd można rozpocząć trekking do Fairy Meadows. Na dworcu był co prawda bus udający się w tamtym kierunku, ale na jego odjazd trzeba było poczekać do momentu aż się zapełni. Trwało to niecałą godzinę, więc trochę czasu straciliśmy, ale dowiedzieliśmy się, że należy być cierpliwym, bo w tej części Pakistanu autobus nie odjedzie, jeśli nie jest pełny. Doświadczyliśmy tego jeszcze kilka razy.

Kiedy dotarliśmy wreszcie do Raikot Bridge, zaczęliśmy się przygotowywać do wędrówki. Wiedzieliśmy, że do Fairy Meadows z tego miejsca idzie się ok 6 godzin. Przy czym 4 godziny to mozolna wędrówka po utwardzonej drodze w pełnym słońcu, bez możliwości uzupełnienia zapasu wody. Właśnie dlatego, miejscowi zwietrzyli interes i oferują przejazd jeepem do miejsca, z którego można iść już szlakiem prowadzącym do Fairy Meadows. My jednak twardo zakładamy buty, smarujemy się kremem z filtrem zakładamy na głowy chustki i mamy zamiar dotrzeć tam o własnych siłach. Oczywiście kierowcy jeepów napadają na nas jak sępy i oferują podwiezienie za bajońską sumę. Śmiejemy im się w nos i pewnym krokiem ruszamy w stronę drogi. Jest samo południe, gorąco, czujemy jak słońce pali skórę mimo filtra 50, ale nic to, idziemy przed siebie. Wreszcie podbiega do nas jeden z kierowców i oferuje niższą cenę. Na to liczyliśmy, tylko udawaliśmy nasze zdecydowanie, żeby skutecznie wytargować niższą stawkę. Po chwili jechaliśmy jeepem, który podskakiwał jak szalony na wybojach, a tych tu nie brakuje. Droga ta zbudowana została przez mieszkańców wsi, do której ona prowadzi. Zbudowali ją sami, za własne pieniądze i sami też ją utrzymują, żeby była cały czas przejezdna. Nic więc dziwnego, że tyle kasują, jeśli chce się nią przejechać.

Jeep dotarł na miejsce po ok. godzinie jazdy. Za żadne skarby nie przeszlibyśmy tej drogi w 4 godziny… tym bardziej, że byłam trochę osłabiona po niestrawności, która męczyła mnie dnia poprzedniego. Do dzisiejszego celu zostało nam jeszcze około półtorej godziny podejścia. Dziarsko więc ruszyliśmy wąską ścieżką górską. Kiedy dotarliśmy na miejsce było już dosyć późno i nie mogliśmy w pełni podziwiać walorów Fairy Meadows, czyli Magicznych Łąk. Zdążyliśmy rozstawić nasz namiocik i zrobiło się już ciemno i chłodno. Wydawało się, że jesteśmy dziś jedynymi klientami, w każdym razie czuło się, że sezon dawno się skończył.

Szef campingu zaprosił nas do pomieszczenia socjalnego, gdzie stał kominek, w którym błyskały już płomienie ognia dające ciepło. Wkrótce do pomieszczenia wparowała z hukiem grupka obcokrajowców. Okazało się, że to Hiszpanie, grupa zapaleńców-miłośników motolotniarstwa. Dwóch z nich miało zamiar pobić rekord świata w wysokości lotu motolotnią. Postanowili dokonać tego właśnie w górach Karakorum, a my mieliśmy szczęście ich tu spotkać. Oprócz motolotniarza-pilota, na sukces pracowała cała grupa. Każdy był specjalistą w swojej dziedzinie, ale wiadomo, że główny splendor spływał na osobę, która pilotowała motolotnię i bije rekord świata. Hiszpan o imieniu Ramon i jego przyjaciel z Belgii – Thomas, codziennie odbywali loty ćwiczeniowe. Ogólnie rzecz biorąc motolotniarze okazali się bardzo sympatyczni i spędziliśmy z nimi miły wieczór.

Następnego dnia wyruszyliśmy w drogę do Beyal, czyli do wioski, z której dzieli nas już tylko kilka godzin od bazy pod Nanga Parbat. Beyal to właściwie osada – kilka drewnianych chat i zagród, rzeczka i mnóstwo kóz. Zatrzymaliśmy się na jednym z campingów, gdzie można było wynająć sobie mały drewniany domek, ale my wnieśliśmy tu namiot i cały sprzęt po to żeby go użyć, więc rozstawiliśmy nasz zielony przenośny domek. Byliśmy tu zupełnie sami oczywiście oprócz lokalsów, którzy przyglądali się naszemu namiotowi z wielkim zainteresowaniem. Wieczór nastał szybko, a wraz z nim przymrozek. Zapakowaliśmy się więc do namiotu i spędziliśmy chwile pełne emocji, grając w kości.

Wczesnym rankiem wyruszyliśmy w kierunku Base Camp pod Nanga Parbat. Wcześniej pytaliśmy miejscowych jak tam dojść, bo w tych górach szlaki nie są w żaden sposób oznaczone. Nie da się też iść główną ścieżką, bo kozy i owce wydeptały tu ich dziesiątki. Nie mieliśmy też rzetelnej mapy, bo takie nie są dostępne w Gilgit. Pozostał nam dość lakoniczny opis trasy z przewodniku, ale co to za wskazówka w górach, jeśli każą nam iść pod górę, przejść przez łąkę itp. Taki opis pasował do każdej ścieżki, którą chcieliśmy pójść… No i wybraliśmy zły kierunek, mimo, iż opis pasował jak ulał! Doszliśmy do jakiegoś jęzora lodowcowego i na tym koniec. Nad nami zaczęły zbierać się chmury deszczowe, a w oddali dało się słyszeć pojedyncze, ale zbliżające się grzmoty. Mimo zmęczenia, szybko dokonaliśmy odwrotu, ale i tak złapało nas najpierw gradobicie, a potem deszcz. Przemoczeni wróciliśmy do Beyal. Tam zobaczyliśmy nasz namiot, po którym spływały duże strugi wody. Mimo, że w środku było sucho i nie zapowiadało się na to żeby namiot miał przemoknąć, tę noc postanowiliśmy spędzić w domku. Do tej decyzji ostatecznie przekonały nas grube, ciepłe kołdry. Po prostu chcieliśmy porządnie się wyspać, żeby jutro w pełni sił jeszcze raz wyruszyć do bazy wypadowej pod Nanga Parbat.

Tym razem prawie nam się udało. Po niespełna 2 godzinach marszu dotarliśmy na wzgórze, z którego było widać już malutki budynek bazy. Dzielił nas od niego tylko dość szeroki jęzor lodowca, pokryty skałami. Wg opisu w przewodniku należało przejść przez lodowiec po ścieżce oznaczonej kernami (kopczyki z kamieni). Takich kopczyków jednak nie było widać. Andrzej stwierdził, że trzeba zejść na dół do lodowca, a ja pomyślałam, że może lepiej zejść zboczem wzdłuż lodowca i w ten sposób go ominąć. Każde z nas postanowiło sprawdzić swoją opcję. Okazało się, że rację miał Andrzej, ale kiedy to stwierdziłam, było już za późno, bo udało mi się już zejść do miejsca gdzie jęzor się kończył, ale nie można było go ominąć… Wściekła na siebie z powrotem zaczęłam się wspinać do miejsca, w którym się rozdzieliliśmy, ale Andrzeja już tam nie było… Po trzech godzinach od rozstania zjawił się cały zdyszany. Okazało się, że znalazł ścieżkę oznaczoną kernami i gdy przeszedł po lodowcu czekał, aż ja przejdę dołem. Mnie się to jednak nie udało, więc się mnie nie doczekał i postanowił zejść w dół jęzora lodowca. Tam też mnie nie było, bo w tym czasie już wspinałam się z powrotem… Ale Andrzej pomyślał, że nie chciało mi się z powrotem wspinać, bo to kawał drogi i pewnie wróciłam do wioski. Postanowił to sprawdzić, ale w wiosce mnie też nie było, bo czekałam na niego w miejscu gdzie się rozdzieliliśmy! Gdy stwierdził, że nie ma mnie w wiosce, zorganizował całą grupę poszukiwawczą w liczbie osób 6 i zaczęli wspinać się w górę do moreny i dalej lodowca, gdzie się rozstaliśmy. Spotkaliśmy się, gdy stwierdziłam, że czas schodzić na dół, bo niedługo zrobi się ciemno. Człowiek uczy się całe życie i mimo tego, że oboje mamy doświadczenie w chodzeniu po górach, zrobiliśmy podstawowy błąd – rozdzieliliśmy się. To się nie powinno zdarzyć. Na szczęście to był błąd bez konsekwencji.

Po jeszcze jednej nocy spędzonej w Beyal, a potem ponownie w Fairy Meadows wróciliśmy do Gligit, ale też nie bez przygód… Najpierw czekało nas zejście krętą górską drogą do Raikot Bridge. Stwierdziliśmy, że skoro nią wjechaliśmy jeepem to z powrotem musimy ją pokonać pieszo. Przeszło 4 godziny szliśmy w dół w skwarze. Końca nie było widać, a buty zaczęły obcierać moje stopy. Trochę dlatego, że schodząc w dół ścigaliśmy się z lokalsami – chłopcami udającymi się do miasta. Mieli nadzieję, że wynajmiemy jeepa i zabiorą się z nami, ale nam nawet nie przeszło to przez myśl i dziarsko maszerowaliśmy przed siebie. Gdy wreszcie dotarliśmy do Raikot Bridge (oczywiście przed nimi :) ), trzeba było zorganizować sobie jakiś transport to Gilgit. W ciągu kilku minut zjawił się jakiś pusty bus, który podwiózł nas, za drobną opłatą, do wsi znajdującej się w połowie drogi do Gilgit. Kiedy wysiedliśmy z pojazdu, jakiś Pakistańczyk zaczął nam coś mówić o autobusach do Gilgit, ale właśnie przejeżdżała drogą ustrojona jak choinka pakistańska ciężarówka i do głowy wpadł nam diabelski pomysł: a może złapiemy ciężarówkę na stopa?!

Nie wiele myśląc, zamachaliśmy na ciężarówkę, a ta z piskiem, sykiem, zgrzytem i podnosząc tuman kurzu zatrzymała się tuż przed nami! Nagle jakiś mężczyzna zaczął wypytywać o coś naszego kierowcę, a potem po angielsku zapytał nas dokąd jedziemy, skąd jesteśmy, jak się nazywamy… mięliśmy ochotę zapytać: „A Ty co, z policji?!” Dobrze, że tego nie zrobiliśmy, bo ten Pan, rzeczywiście był z policji, tylko był już po pracy i ubrany po cywilnemu. Zobaczył, że zagraniczni turyści wsiadają do pakistańskiej ciężarówki na blachach z Peshawaru i chciał się upewnić, że nasz kierowca to porządny człowiek i dowiezie nas na miejsce zgodnie z obietnicą. Podziękowaliśmy policjantowi za okazanie troski, a kiedy ten upewnił się, że wszystko jest w porządku dał znak kierowcy, że może jechać. Ciężarówka ruszyła, i wszystkie ruchome dekoracje w kabinie zaczęły radośnie podskakiwać i pobrzękiwać. Bardzo nam się to wszystko podobało, ale po 30 minutach jazdy ciężarówką po KKH stwierdziliśmy, że do Gilgit dojedziemy już po 19:30. Oznaczało to, że nie będziemy mogli skorzystać z restauracji w naszym hostelu „Madina” ani z innej jadłodajni, bo o tej porze wszyscy wszystko zamykają i udają się na oczekiwany przez cały dzień posiłek. W końcu trwa Ramadan.

Ja już pogodziłam się z tym faktem, ale Andrzej kręcił się niecierpliwie, bo miał wielką ochotę na jego ulubioną w „Madinie” chicken noodle soup (rosół z makaronem). Widać było jednak wyraźnie, ze przegramy ten wyścig z czasem, bo załadowana ciężarówka jechała bardzo wolno, a beznadziejny stan KKH jeszcze bardziej utrudniał jazdę. Andrzej do ostatniej chwili miał jednak nadzieję, że zdąży zamówić swoją ulubioną zupę, ale nie udało się. W hostelu znów zostaliśmy bardzo miło przyjęci, a po wysłuchaniu naszej opowieści o gonitwie z czasem, Habib – prawa ręka szefa hostelu, poczęstował nas zupą, którą kucharz ugotował specjalnie dla personelu na wieczorny posiłek. Tak w pewnym sensie zostaliśmy zaliczeni do stałej ekipy „Madina Guest House”. Cały czas jednak nie zdawaliśmy sobie sprawy jak wielkie to będzie miało dla nas znaczenie…

Alicja Rapsiewicz

Alicja Rapsiewicz

Kocha góry i wszystko, co z nimi związane. Od 1 lipca 2009 roku w podróży dookoła świata - LosWiaheros.

Komentarze: Bądź pierwsza/y