Za górami, za lasami… daleko, daleko za Moskwą są miejsca, gdzie nawet diabłu nie chce się mówić dobranoc. Zapomniane przez Boga i historię. Składają się z głównie z pustki, pomiędzy którą powtykani są ludzie. Tak naprawdę z takich przestrzeni w dużej części składa się współczesna Rosja. To głęboka prowincja.

Właściwie nie ma po co tam jechać, nie ma też o czym pisać. Skoro jednak wszystko co ładne, popularne i modne już się przejadło, to może warto spróbować? Nie wiadomo, co na nas tam czeka, prawdopodobnie nic. Spotkanie z nicością może być traumatyczne, więc warto się doń wcześniej przygotować, czemu służyć ma niniejszy quasi – poradniczek. Zawarto w nim wszelkie możliwe niepraktyczne rady, jakich potrzebuje każdy, kto wyrusza na pierwsze spotkanie z głubinką.

Gdzie leży ruska prowincja?

Zależy, skąd się patrzy. Moskwicz powie, że zaraz za MKADem (obwodnicą Moskwy). Zapytasz Petersburżanina – odpowie, że liczy się tylko gród Piotra. W Moskwie może i mają pieniądze – dorzuci – ale prawdziwe, kulturalne serce Rosji bije nad Newą! Pojedziesz do Kazania – dowiesz się, że to też stolica! Tyle, że Autonomicznej Republiki Tatarstanu. Poza tym, tu studiował Lenin, więc jaka prowincja? W Oleniogorsku krzykną, że miasto może i nieduże, ale ma stadion, a kiedyś to nawet cyrk działał! Nic to, że dalej już tylko las…

To prawda, że w Rosji liczą się tylko Moskwa i Petersburg. Ale czy to znaczy, że pozostałe kilkadziesiąt dużych miast, stolic regionów, liczących nieraz ponad milion mieszkańców, to wiocha?

Moi przyjaciele, mieszkający w Niżnym Nowogrodzie, Irkucku, Wołgogradzie, Nowosybirsku czy Kazaniu twierdzą, że tak. Ale przecież w Niżnym Nowogrodzie mamy butiki Louis Vitton, w Irkucku Mercedesy klasy S, w Wołgogradzie prywatne przedszkola, w Nowosybirsku galerie handlowe, a w Kazaniu nawet metro. W mojej definicji prowincji nie ma na takie podmioty miejsca. Musi być daleko od wszystkiego, głęboko zakopana w XX wieku, bez internetu i smartfonów.

Co nas może spotkać w głubince?

Spokojnie, najpierw trzeba jakoś wydostać się z dusznej metropolii. Jeżeli pociągiem – to tylko elektriczką. Znajdziemy tam obwoźnych sprzedawców skarpet, gum do żucia i wiatraczków do laptopa. Jeżeli wsiądziemy o czwartej po południu, trafimy na powrót robotników z fabryki. Stańmy w przejściu, w strefie dla palących, a może nas spotkać dużo uciechy – wódka z kierownikiem zmiany, zwalający z nóg papieros „biełomorkanał” od palacza z kotłowni, a jak towarzystwo się przerzedzi, to młodszy chłopak na posyłki może wyciągnie jointa z samosiejki, co to rośnie pod lasem. Nigdy tym przyjemnościom nie odmawiam, chociaż wiem, że po papierosie bez filtra dziewczyna nie podejdzie do mnie przez tydzień.

W nagrodę mogę obserwować bójki, wybuchające regularnie w każdym pociągu. A to ktoś za głośno śpiewa, a to za cicho, ktoś nie poczęstował papierosem, ktoś rozlał wódkę. Chłopy zaczynają przepychanki, ćwiczą karate po rusku. Nic nadzwyczajnego, ale smaczku całej zabawie dodają otwarte podczas upałów drzwi pociągu. Nie widziałem jednak nigdy, by ktokolwiek przez nie wypadł, czuwa przy nich zawsze brygada interwencyjna złożona ze starszych majstrów.

Jeśli przez naszą prowincję nie przejeżdża pociąg – trudno. Brak scen batalistycznych zrekompensuje miejsce siedzące w marszrutce (busie) i święty spokój. Tylko, na Boga, nie dyskutujmy z szoferem!

W niektórych pojazdach znajdziemy naklejkę ilustrującą jedno z najpopularniejszych rosyjskich przysłów: Tisze jedziesz, dalsze budziesz. W tym przypadku będzie to znaczyło, żeby krzyczeć gdy chce się wysiąść (bo inaczej szofer przejedzie przystanek), a przede wszystkim nie drażnić kierowcy (bo wysadzi nas na środku stepu).

Polecamy: Jak pokochać Bajkał w pół roku i dobrze się bawić

W marszrutce zawsze leci najpopularniejsza popsa sezonu, najczęściej z płyty kierowcy. Radio nie zdaje egzaminu, bo kilkadziesiąt kilometrów za miastem traci zasięg. Podejrzewam, że porządny szofer nagrywa sobie na wiosnę zestaw największych przebojów i puszcza go konsekwentnie aż do jesieni. Jeśli mamy szczęście będzie miał też składankę z poprzedniego roku. Jeżeli jakimś cudem działa radio – to tylko z muzyką. Wszelkie wiadomości, informacje, njusy z wielkiego, odległego świata wzbudzają tylko jego irytację i błyskawiczny odruch przełączający. Prawdziwy szofer pali jak smok i goli się raz na cztery dni. Miesięczne zarobki wydaje na rodzinę, alkohol i złote zęby.

Samochód to stara istana (za Uralem) lub nieco nowsza gazela (w Europie), koloru jajecznej żółci lub bieli śniegu z okolic Norylska. Obowiązkowo musi się zepsuć na trasie, przynajmniej raz podczas podróży. Może też pęknąć opona albo odpaść lusterko – na prowincji nic nie wychodzi, zawsze jest pod górkę i przede wszystkim wszystko się psuje. Raz zdarzyło mi się nawet że w trakcie jazdy UAZ się zapalił. Wsio normalno – kierowca sprawnie zgasił ogień i pajechalidalej. Takie awarie to prawdziwy dar od Boga – od razu jest o czym pogadać ze współpasażerami, można zapalić, często znajdzie się też jakaś wódeczka. Stąd już tylko krok do zaproszenia na nocleg i dalszych przygód.

Dojechaliśmy.

I co tu robić na ruskiej prowincji?

Otóż, drogi przyjacielu, nic. Prowincja nie jest po to żeby z nią czy w niej cokolwiek robić. Można być, oddawać się melancholii i rozpływać w spokoju. Po rosyjsku odprężyć się znaczy rozsłabićsja – i ten termin idealnie nadaje się do opisania słabości, jaką nieraz czujemy stojąc przed jedynym sklepem w promieniu pięćdziesięciu kilometrów, w którym nie ma nawet coca coli. Lub, co gorsza, jest – ale nie z lodówki.

Nic nie robiąc robimy bardzo wiele. Dajemy miejscowym jasny sygnał że my swoi, spokojni i nieśpieszni, więc można z nami pogadać, zapalić, a pewnie i wypić. Dla kurażu możemy zacząć od ostatniego elementu. Piwo kupimy wszędzie, niezawodnie zimne – bo dla piwa lodówka zawsze się znajdzie.

Po pewnym czasie podejdzie chłop. Nie ma tu facetów, podobnie jak i kobiet. Są chłopcy, chłopy i dziady. Dziewczynki, baby i babuszki. Kobiety i faceci wyjechali do miasta, robią kariery albo sprzedają zapiekanki, wrócą na święta. Co robią chłopy i baby jest dla mnie wciąż wielką zagadką. Na pewno dużo siedzą i rozmawiają. Zawód gawędziarz. Znają też najnowsze seriale, w których młode dziewczyny w pastelowych sukienkach spotykają w modnych klubach przystojnych pracowników dużych firm, np. Gazpromu. Tej firmy, która kładzie za wsią jakąś rurę, co to nią gaz ma lecieć podobno. Nie wiem też, co robią dziewczynki – ale chłopcy często grają w piłkę lub siatkówkę.

Rzadki to już u nas widok, ale tu najzupełniej normalny. Internetyzacja postępuje tak szybko jak u nas budowa autostrad. Właściciel komputera wciąż jest tu kimś, zaraz po sklepowej, popie i sołtysie.

Prawdziwą beczką śmiechu jest próba znalezienia w takim miejscu internetu. Szukajmy budynku z tabliczką „cyber –poczta”. To widomy znak XXI wieku na ruskiej głubince. Odwiedzałem wiele takich „cyber-poczt” i nigdy, ale to nigdy nie udało mi się skorzystać z sieci. Bawi samo zgadywanie przyczyn dla których komputery nie będą działać.

Najczęstszą i najbardziej banalną jest brak internetowej kartoczki. Żeby połączyć się ze światem należy kupić kartę – jak kiedyś u nas telefoniczną – włożyć ją do specjalnego terminalu i można surfować, ile dusza zapragnie! Karty są do kupienia tylko na poczcie, ale dziwnym trafem nigdy ich tam nie ma. Sprawdzałem, nie znalazłem nawet w Petersburgu. Gdyby jednak nawet znalazłyby się kartoczki, internetu może nie być z wielu innych przyczyn: „dopiero wstawili komputery i jeszcze nie podłączyli do sieci”, „kiedyś były podłączone, ale nikt nie korzystał, więc odłączyliśmy”, „była burza i zerwało linię”, „zaraz zamykamy”, „dopiero otworzyliśmy”, „ja się na tym nie znam”, „pan na kierowniczkę poczeka”, „nie bo nie”, itd.

Siedzimy więc pod sklepem zastanawiając się: jak żyć? Jak kontynuować wyprawę, gdy nie możemy dowiedzieć się z Google Maps co czai się za następnym pagórkiem? Naprawdę nie ma wyjścia, trzeba zapytać chłopa siedzącego obok.

Chłop chętnie odpowie na to pytanie, tak jak i na wiele innych. Jak to było w Czeczenii a jak w Afganie. Babuszka idąca do studni po wodę doda że za Sojuza to jednak było lepiej. W końcu przybiegnie baba od razu z krzykiem: dość już tego picia, pora spać! Krzyczy tak do „starego”, bo nie ma przecież żon i mężów. Takie delikatności to panie, po drugiej stronie Uralu – szczerzy złote zęby „stary”.

I sam ryczy na „starą”: – A paszła won! Tu jewropejcy priechali, ugościć nada!

I ugaszcza: cigariety, wódka, piwo, suszona ryba i co tylko chcesz (z asortymentu miejscowego sklepu).

Kogo jam w ten sposób nie spotkał! Kilku złodziei, w tym tych „w zakonie” – przestrzegających przestępczego kodeksu. Drobnych cwaniaczków – jak „gołębiarzy”, łapiących ptaki po polach by w klatkach doręczać je zakochanym, celem wypuszczenia i wypowiedzenia życzenia pomyślności. Przemytników i cinkciarzy. Byłych i obecnych wojskowych – to chyba największa, a na pewno najbardziej rozmowna grupa zawodowa w Rosji. Sportowców – mistrzów ZSRR w gimnastyce i ping – pongu. Wnuka słynnego kompozytora, córkę kurwy, dziadka szachowego arcymistrza. I dziesiątki innych, mniej charakterystycznych osób, o często niewiarygodnych życiorysach.

A gdy już się nagadacie i napijecie zaproszą was do bani. Faceci będą się tam okładać witkami z innymi, nagimi chłopami i będzie to bardzo przyjemne. Dziewczyny pójdą z babami. Sprośna ludowość pokaże swoje weselsze oblicze. „Chodźcie dziewczynki podglądać chłopców” – powiedziała babuszka z kurwikami w oczach do niewinnych polskich panien, podczas gdy ja, niczego nieświadomy, doświadczałem pierwszego razu w bani. Jakie to różne od sterylnych saun w centrach spa!

Rozlatująca się szopa, obowiązkowo kryta azbestem. W środku piec typu „koza” obłożony kamieniami, które trzeba polewać wodą. Obowiązuje zasada „im goręcej tym lepiej”, dlatego kilka razy w ciągu seansu trzeba wyjść, stanąć między grochem a kapustą i oblać się deszczówką zebraną do wiadra. Nie zapomnijcie potem pochwalić gospodarza że bania rzeczywiście zdorowa i w ogóle w tak gorącej to jeszcze nie byłeś. Popatrzy na ciebie z mieszaniną pobłażliwości i dumy, a ty zdobędziesz na zawsze jego serce. I kolejną butelkę, którą wykombinujecie u sąsiada albo babuszki, pełniącej we wsi rolę sklepu ostatniej szansy.

Dzień zmienia się w noc, jawa w sen, piwo w wódkę. Siedzicie na tarasie przed chatą, grają cykady, robaczki świętojańskie radośnie tańczą dookoła stołu. Cigarety odpalane jedne od drugich.

Rozmowy schodzą na cięższe tematy – o wojnie i pokoju, o dobrym Breżniewie i złym Gorbaczowie, o głębi ruskiej duszy. O szkole, co to kiedyś była piękna a teraz zarasta chwastem. O dupie Maryni i o Saszy, który przez tę dupę pociął nożem Wanię. O kryminale i że kiedyś był spokój, ludzie normalnie w kołchozie pracowali, nie szlajali się. Nagle budzisz się, jest już jasno, gospodarz krząta się po obejściu a nadąsana gospodyni robi śniadanie. Będą niemodyfikowane genetycznie pomidory i ogórcy, czaj z liśćmi porzeczki i cigarety. A po jedzeniu najtrudniejsze – trzeba się pożegnać, ze świadomością że nigdy więcej się nie zobaczycie.

Powrotu czas

Po pewnym czasie odkrywasz, że nie ma większej różnicy między Syberią, kołem podbiegunowym, czy nadwołżańskimi stepami. Zmieniają się trunki, jadłospis, ale esencja pozostaje ta sama. Trzeba uciekać do miasta, do Moskwy, na Zachód! Odpocząć od melancholii w swojskim zgiełku, w tłumie, pośród spalin i smogu.

Odkładanie powrotu może grozić poważnymi konsekwencjami – i to nie tylko dla wątroby. Pogodny dotąd mieszczuch wraca do swojego naturalnego, bezpiecznego środowiska i odkrywa ze zgrozą, że przestało mu się podobać. Patrzy się bez celu przez okna szklanych domów, błądzi niewidzącym wzrokiem po wieszakach w centrum handlowym, w Multikinie pije piwo zamiast coli. Nie zdaje sobie sprawy, że dręczy go przywieziony z Głubinki mało zbadany robak, który odtąd będzie sączył jad w jego serce. Aż pewnego dnia zrozumie ze zgrozą, że zwalczyć go można tylko czystą, kiszonymi ogórcami i papierosem bez filtra.

*Tisze jedziesz, dalsze budziesz – dosł. ciszej (spokojniej) jedziesz, dalej dojedziesz.

Więcej o podróżowaniu po Rosji na stronie projektu Rowerowa Rosja

Jakub Rybicki

Jakub Rybicki

Fotograf, dziennikarz, podróżnik, kolekcjoner dziwnych czapek. Jeździ po świecie w poszukiwaniu prawdy, dobra i piękna. Więcej zdjęć na jakubrybicki.pl.

Komentarze: 10

Ewelina Kliza 10 kwietnia 2012 o 13:40

Mega! czuję się jeszcze bardziej zachęcona do odwiedzenia ruskiej prowincji

Odpowiedz

Samis 10 kwietnia 2012 o 16:16

Dobre! Z klimatem… ech Rosja, bracia Słowianie!

Odpowiedz

Bartek Borys 10 kwietnia 2012 o 16:43

bardzo fajnie się czyta, nie ukrywam, że więcej zdjęć bym z przyjemnością zobaczył. jakaś galeria na peronie w przyszłości może, prosto z rosyjskiej prowincji ? ;)

Odpowiedz

Peron4 10 kwietnia 2012 o 16:47

a właśnie o to samo zapytaliśmy Kubę ;)

Odpowiedz

Zuzka Kosman 10 kwietnia 2012 o 20:41

aaa piekny jest ten artykul, najpiekniejszy <3

Odpowiedz

zora 12 kwietnia 2012 o 12:30

Moskwicz czy Moskwianin? :)

Odpowiedz

pepson aka ^p^ 4 maja 2012 o 11:50

delikatny Chohlik w instrukcji marszrutki, wedlug mnie powinno byc tak „Tichszy budiesz, dalsza (uidiesz/ujediosz)”

ps. Jakub – fajny opis!! wszytko prawda :)

Odpowiedz

Misza 1 lutego 2013 o 21:27

Jakubie,
dla twojej ignoranckiej wiadomosci slowo „ruski” w jezyku polskim jest obrazliwe. Wielu Rosjan zna jezyk polski, wiec uwazaj i nie dziw sie jak
nastepnym razem nie dostaniesz wizy ;)…

Jestes jeszcze wiekszym chamem i prostakiem niz Ci ludzie o ktorych ty z taka pogarda piszesz.
Dla wlasnej ciekawosci pojedz do polskiej prowincji i zobacz co sie dzieje tam, a potem juz powielaj swoje malostkowe kompleksy….

Nie pozdrawiam…..

Odpowiedz

Nostradamus 12 lutego 2013 o 18:33

Drogi kolego Misza,

Człowieku, który z taką zajadliwością i pewnością siebie oskarża kogoś o chamstwo i ignorancję nie powinno się w ogóle odpisywać, ale zrobię to…

Kuba polską prowincję zna jak własną kieszeń, i nie tylko polską, przejechał rowerem lub przeszedł pieszo pół Eurazji. Doskonale zna także znaczenie słowa ‚ruski’ tak w polskim, jak i rosyjskim języku. Jestem pewien, że używając tego słowa w tytule miał na myśl jego rosyjskie znaczenie, a więc nie negatywne, a wręcz przeciwnie.

Styl pisania i jeho humorystyczność nie ma na celu obrażania tych ludzi, a po prostu prezentuje ten gawędziarski, o zgrozo, ruski styl.

Pozdrawiam z całego serca i życzę więcej dystansu do siebie i całego świata.

Odpowiedz

Misza 14 lutego 2013 o 19:42

Nostradamusie,

oczywiscie, jak ktos po angielsku napisze „Polack”, to tez nic zlego w tym nie bedzie, przeciez po polsku to „Polak”, tak jak „russkij” po rosyjsku i „ruski” po polsku.

Totez na pewno kiedy Amerykanie uzywaja slowa „Polack”, to nie maja na mysli nic zlego, tak jak ten „autor” uzywajac slowa ruski, jestem pewien ;)

Pozdrawiam i zycze byc po stronie rozumu i sprawiedliwosci, nawet jesli na przeciwnej stronie znalazl sie Twoj rodak….

Odpowiedz