Kuba właśnie pedałuje przez rosyjskie drogi, a u nas historie z czasów, gdy zaczynał eksplorować ten kraj pełną gębą. Czyli druga część opowieści o odkrywaniu okolic Bajkału.

W Rosji wciąż żywe są animistyczne wierzenia, także w całkiem nowoczesnych osadach. (Fot. Jakub Rybicki)

W Rosji wciąż żywe są animistyczne wierzenia, także w całkiem nowoczesnych osadach. (Fot. Jakub Rybicki)

Maj

Tym razem postanowiliśmy zaliczyć jedną z bardziej sztandarowych atrakcji przybajkalskich – kolej krugobajkalską, czyli, jak sama nazwa wskazuje, kolejkę co to wzdłuż Bajkału idzie.

Kiedyś była Koleją Transsyberyjską i „złotą sprzączką Imperium”, a teraz jest atrakcją turystyczną. Jak dla mnie średnią, bo idzie się osiemdziesiąt kilometrów po torach, a na końcu (opcjonalnie: początku) czeka żuraw. Nie ptak, tylko portowy taki. Po rusku kran, co znaczy także, ku zaskoczeniu wszystkich, co pospolity kran.

Część pierwsza: Jak pokochać Bajkał w pół roku i dobrze się bawić

Gdy idzie się szybko z ciężkim plecakiem po podkładach kolejowych to potem człowiek nie żyje następnego dnia. Albo i dłużej, jak ja. Można też przejechać się pociągiem, ale Polacy, prawdopodobnie z oszczędności, wybierają częściej wariant „dla twardzieli”. Nie do końca jestem pewien czy słusznie.

Najlepsze było na początku – rzeczony kran, opuszczony, z zaprzyjaźnionej Ludowej Republiki Węgier, nieużywany od końca sojuza, można było się wdrapać – i na końcu. Na końcu było tak: idziemy bardzo bardzo szybko, aby na elektriczkę zdążyć. Jesteśmy rychło w czas, akurat zgodnie z planem dziesięć minut do pociągu. Leje jak z cebra*, ale co tam, ważne że zaraz będzie ciepła elektriczka i trzy godziny spokoju.

Stacja „Totalne Zadupie”, posiada podrdzewiałą tablicę z napisem „Tiemnaja Padź” (w ramach ćwiczeń lingwistycznych zapraszam do zabawy – co to znaczy?) i składa się z trzech chałupek, z których jedna jest zamieszkana – pewnie zawiadowcy. Za tablicą zaczyna się, a jakże, ciemna przepaść. Po drugiej stronie przepaści, jakieś pięć kilometrów w linii prostej, są tunele i tory. Więc słyszymy takie głębokie tutut, tutut… dwie lokomotywy, a za nimi reszta pociągu, wyjeżdżają z tunelu, tutut robi się trochę płytsze, a my liczymy wagony.

Przynajmniej ja pod daszkiem liczyłem, Bartek siedział trochę dalej na ławce w deszczu – może licząc, że pociąg naprawdę zaraz przyjedzie i on wsiądzie pierwszy, a ja będę wtedy musiał biec przerażony, żeby mi nie odjechał, a on potem powie haha, mało Ci nie uciekł!. Ale założę się, że on też liczył te wagony, bo raz, że to fajne zajęcie, a dwa, cóż tu innego robić?

Następnie skład pchany na dokładkę przez kolejne dwie lokomotywy wjeżdża do drugiego tunelu, znowu głębokie tutut, ale po pewnym czasie robi się znowu cicho. Mija piętnaście minut i nagle dzwoni telefon na stacji. Tak naprawdę to nie telefon, tylko tak brzmi, to chyba jakiś sygnał ostrzegający (Kogo? Wilki czy niedźwiedzie?), że jedzie pociąg.

Więc przewala się te osiemdziesiąt wagonów przed tobą, a po drugiej stronie ciemnej przepaści znowu tutut,tutut… Po piętnastu minutach numer się powtarza. I tak przez dwie godziny. Super zabawa, polecam. Żeby chociaż w naszą stronę jechały, a to nie. W naszą jeździły co pół godziny, ale tylko towarowe, a nie wyczekiwana elektriczka.

Po jakiejś godzinie po planowym przyjeździe naszego pojezdu idę w tym deszczu do budki, gdzie ktoś siedzi i pracuje. Nie wiem po co siedzi w budce na tym zadupiu, chyba tunelu pilnuje. Oto tajemnica niskiego bezrobocia w Federacji Rosyjskiej. Ale powiedzmy, że to jego praca, nic mi do tego. Podchodzę, patrzę, a ten patrzy smętnie na tory, pociągu wypatruje. Gdy zapukałem grzecznie w szybkę, to aż podskoczył, złapał za karabin i kazał mi szagom marsz! się odsunąć znacznie.

W sumie nikt mi jeszcze kałasznikowem przed nosem nie wymachiwał, więc ciekawe przeżycie. A jak już się bardzo szybko odsunąłem, to grzecznie wyjaśnił, że elektriczka będzie, nie wie czemu jeszcze nie ma i mamy bardzo szybko oddalać się z tego miejsca.

Koniec końców przyjechała. Czemu dwie godziny później, skoro początek trasy jest 15 kilometrów wcześniej, nie dowiemy się już nigdy. Jak i wielu innych rzeczy, ale to w Rosji normalne.

Czerwiec

Czas zaczyna płynąć coraz szybciej, a moje notatki robią się coraz krótsze. Wyjeżdżam coraz więcej i coraz dalej, na pisanie nie ma czasu po prostu.

Opowiem wam o ciekawym miejscu, którego nie znajdziecie w większości (polskich) przewodników. Petroglify Sagan Zaba. Petroglify, czyli rysunki naskalne. Wyczytałem gdzieś, że nieco poniżej Olchonu jest skała, gdzie można odnaleźć tajemnicze znaki.

Jadąc marszrutką w stronę Olchonu, należy wysiąść w miejscowości Elancy, a następnie udać się w stronę Bajkału. Jeżeli zdecydujemy się rozbić namiot na szczycie wzgórz rozdzielających dolinę rzeki i jezioro, o zachodzie słońca czeka nas spektakularny widok. Oczywiście tak też uczyniliśmy. Polecam do tego widowiska piwo Baltika 7.

Następnego dnia maszerujemy w stronę spodziewanego miejsca docelowego. Problem w tym, że, jak to nad Bajkałem, trzeba po drodze pokonać niezliczoną ilość wzgórz. W górę i w dół, w dół i w górę. Bardzo to męczące, więc postanowiliśmy ułatwić sobie sprawę idąc brzegiem jeziora.

Wszystko pięknie, do czasu gdy trzeba wejść do wody. Choć to początek czerwca, woda ma wciąż zaledwie kilka stopni ciepła i przejście nawet kilkudziesięciu metrów to nie lada wyczyn.

Okazało się, że my musimy przejść kilkaset. Co jakiś czas ogrzewamy się zatem na wystających kamieniach, niczym małe syrenki. A gdy już dojdziemy do kolejnej zatoki, wybierzemy tradycyjną drogę góra-dół. O żadnej ścieżce nie ma oczywiście mowy, więc często mijamy a to jakieś niebezpieczne przepaście, a to urwiska. Nudy nie ma. Wreszcie dochodzimy do celu.

Jakub Rybicki

Jakub Rybicki

Fotograf, dziennikarz, podróżnik, kolekcjoner dziwnych czapek. Jeździ po świecie w poszukiwaniu prawdy, dobra i piękna. Więcej zdjęć na jakubrybicki.pl.

Komentarze: 2

Ula 22 kwietnia 2012 o 11:47

JA + ROSJA (+ Twoje artykuły) = WIELKIE LOVE!!!!

Odpowiedz