Poprzednia książka Tomka, Samsara stała się bestsellerem. Kilka dni temu premierę miała druga pozycja tego autora – Gorączka, tym razem opowiadająca o poszukiwaczach skarbów i ludziach opętanych żądzą pieniądza. O skarbach, tajemnicach i niebezpiecznych sytuacjach rozmawiamy z Tomkiem Michniewiczem.

– Jaki skarb wyciągnąłeś z Atochy?

– Nie mogę odpowiedzieć na to pytanie… W kwestii wypraw po skarby są trzy rzeczy, o których nie mogę mówić i już na początku każda ekipa mi to jasno wytłumaczyła. Czasem grzecznie, a czasem niegrzecznie i zwłaszcza te drugie argumenty robiły wrażenie. Po pierwsze – nie mogę ujawnić czy coś znaleźliśmy, a jeśli tak, to co. Po drugie – w których dokładnie miejscach szukaliśmy. I po trzecie – ile trwały wyprawy.

Trzy najważniejsze konkrety, a ja o nich nie mogłem napisać. Na przykład na łodzi Mel Fisher’s Treasures mogłem zrobić zdjęcie mapy skarbu, które później zamieściłem w książce, ale na mapie nie mogło być widać koordynatów. Pozwolili mi zrobić zdjęcie tylko z małą głębią ostrości, żeby było widać kolory kółek, które symbolizują obiekty na dnie i tyle.

Oni się tak zabezpieczają nie bez powodu. To jest pierwsza rzecz, jakiej się nauczyłem – jeśli coś znajdziesz, trzymasz język za zębami, nikt ma się o tym nie dowiedzieć. Wydobywanie skarbów jest często nielegalne i jeśli się tym zajmujesz, stajesz się przestępcą, to jest współudział.

Wydobywanie skarbów jest często nielegalne. Podstawowy zestaw poszukiwacza na pustyni (Fot. Tomek Michniewicz)

Wydobywanie skarbów jest często nielegalne. Podstawowy zestaw poszukiwacza na pustyni (Fot. Tomek Michniewicz)

– A do Wietnamu po ukryty skarb pojechałeś?

– Możesz zadać jeszcze wiele takich pytań, ale na żadne ci nie odpowiem, z tych samych powodów. Jednej z grup, z którymi pracowałem, nie ma w książce, bo się na to nie zgodzili. Oficjalnie są firmą, a po cichu przeprowadzają nielegalne działania. W przyszłym roku będą wyciągać fregatę u wybrzeży Indii z głębokości około 7 tys. metrów.

Nie wiem czy się dobrze rozumiemy – to będzie nielegalna operacja na wodach terytorialnych suwerennego kraju. Wyciągną skarb, który nie należy do nich, po czym przewiozą go do swojej kryjówki i sprzedadzą na czarnym rynku. Jest szansa, że wezmę udział w tej akcji, czekam na ich telefon. Jak myślisz, będę się tym potem chwalił?

– To może będzie suplement do książki?

– Może będzie, aczkolwiek oni nie zgodzili się pojawić nawet w „Gorączce”, więc mała szansa. Obojętne, czy potem coś z tego napiszę, nie mogę się doczekać tego telefonu. Może się doczekam, a może nie, nigdy nie wiesz. Gdyby zadzwonili dzisiaj, już siedziałbym w samolocie.

– Więc chciałbyś znaleźć skarb? Ciągnie cię do tego, co zaobserwowałeś zbierając materiał do książki?

– Tak i to jest nieuleczalne. Nagle dotykasz świata, który wcześniej wydawał ci się fantastyczny, bardzo filmowy. Tymczasem okazuje się, że to się dzieje naprawdę, że nie jest wyłącznie wymysłem przepracowanego scenarzysty, który już robi bokami i wymyśla jakieś pierdoły.

Musisz mi uwierzyć na słowo, ale uczucie, które ci towarzyszy, kiedy bierzesz do rąk prawdziwy skarb i jesteś pierwszą osobą od kilkuset lat, która go dotyka, jest nieporównywalne z niczym. Nie przypominam sobie emocji, które mogłyby się jakkolwiek z tym mierzyć. Ciężko po takim doświadczeniu wrócić po prostu za biurko.

– Dlaczego ktoś, kto w Kambodży tropi złodziei skarbów z Angkoru, nagle sam zaczyna poszukiwać skarbu?

– Celna uwaga, nigdy się nad tym nie zastanawiałem… To chyba dowód, że tytułowa gorączka złota każdego w końcu dotyka i nie jestem wyjątkiem. Faktycznie po tych wszystkich swoich akcjach powinienem raczej walczyć z łowcami skarbów niż z nimi wyjeżdżać. Ale podczas poszukiwań ani przez chwilę nie myślałem, że „to powinno być w muzeum”, tylko raczej „gdzie to jest, do jasnej cholery?”.

Zresztą oni wyznają nieco inną zasadę: „to powinno być w muzeum, o ile muzeum za to zapłaci”. Jeśli nie zapłaci, skarb nie trafi do muzeum. Oni nie szukają złota czy srebra, żeby zachować dziedzictwo kulturowe świata, tylko żeby zostać bardzo bogatymi ludźmi i do końca życia chłeptać na Bahamach margarity w towarzystwie dziewcząt w kusych majtkach i z imponującym biustem. To dlatego robią bardzo niebezpieczne rzeczy i ryzykują odsiadkę, to nie ma nic wspólnego z ideałami Indiany Jonesa. Ale tu masz rację, powinienem być po przeciwnej stronie barykady.

– Barykada to chyba dobre słowo, bo to wyglądaj niemalże jak wojna.

– Szukając przemytników sztuki w Kambodży pierwszy raz otarłem się jakkolwiek o świat łowców skarbów. Oni byli największymi wrogami Heritage Watch, Muzeum Narodowego w Phnom Penh i innych instytucji. W Kambodży to w sumie zwykłe bandziory, którzy przyjeżdżają, wycinają kawałek muru albo odcinają głowę posągowi Buddy, wrzucają na pakę i odjeżdżają. Trudno ich nazwać poszukiwaczami skarbów.

Ale jakoś podczas pracy nad Gorączką o ludziach, którzy na dobrą sprawę również kradną kosztowności należące do innych ani przez chwilę nie myślałem jak o rabusiach. Tu mnie masz, nie mam nic na swoją obronę.

– Druga część książki wiąże się mniej z poszukiwaniem skarbu, a bardziej pokazuje co może zrobić z człowiekiem żądza bogactwa. Podobnie jak w Kambodży, tropiłeś złoczyńców, tyle że tym razem byli to handlarze kością słoniową. Ale czy będąc tam w Afryce nie bałeś się, że ryzykujesz nawet swoim życiem dla sprawy, na którą masz w sumie niewielki wpływ?

– To nie była świadoma decyzja. Po prostu nie zdawałem sobie sprawy z niebezpieczeństwa. Zresztą ta akcja w Lusace praktycznie przez cały czas wyglądała na raczej bezpieczną, dopiero pod koniec zdałem sobie sprawę, że od jakiegoś czasu bawię się z dużymi chłopcami i nie mam o tym pojęcia. Na początku wydawało się, że to nie są groźni goście, a miałem realną szansę zrobić coś dobrego w kwestii ochrony przyrody. Myśleliśmy, że gadamy z drobnymi kanciarzami, a okazało się, że to poważni gangsterzy z powiązaniami wyżej, zorganizowana grupa przestępcza.

Z dzisiejszej perspektywy myślę, że to, co zrobiliśmy w Lusace było głupie i ryzykowne, ale wtedy do końca nie zdawałem sobie sprawy z powagi sytuacji. W końcu rzeczywistość mnie zaskoczyła i ze strachu spaskudziłem się w spodnie, ale potem musiałem już jakoś reagować i wyszło jak wyszło.

– To ciekawe, że w momencie kiedy robisz coś nielegalnego – wydobywasz skarb – wydaje się to być mniej niebezpieczne, niż gdy robisz coś zgodnego z prawem – pomagasz schwytać przestępców.

– Dobre spostrzeżenie. Faktycznie tak jest, ale to chyba dlatego, że te nielegalne operacje są bardzo dobrze przemyślane i przygotowane. Ludzie, z którymi pracowałem dokładnie wiedzą, jak działa FBI, jak ich szuka, w jaki sposób może do nich dojść, jak działa ich konkurencja, na kogo muszą uważać, skąd ktoś może przypłynąć. Wiedzą, jak się zabezpieczyć. Jeśli robisz coś nielegalnego, ale to jest dobrze przygotowane, czynnik ryzyka jest cały czas pod kontrolą. Jeśli robisz coś legalnego, ale w sposób całkowicie nieprzemyślany, to różnie może być.

– Jak doszło do tego, co stało się w Lusace? Przecież do Afryki w zasadzie nie pojechałeś z założeniem tropienia kłusowników, tylko szukać tam statków ze skarbami?

– Patrząc z perspektywy autora książki, to mógł być trochę mój błąd. Gdybym był zimnym profesjonalistą, w ogóle nie zajmowałbym się tematem gangsterów. Stwierdziłbym, że wyżynanie zwierząt to smutna sprawa, którą kiedyś można się zainteresować, ale wróciłbym jednak do tematu skarbów.

Jednak to, czego doświadczyliśmy w Afryce i czego byliśmy świadkami było tak smutne i przygnębiające, że nie byłem w stanie nagle się odwrócić i radośnie pobiec za facetami, którzy wyciągają przy brzegu diamenty albo szukają skarbu Krugera. Stwierdziłem, że będzie co ma być, najwyżej książka będzie słaba jak Budka Suflera, ale na razie koniec z departamentem skarbów i teraz zajmę się czymś innym, bo to są ważniejsze sprawy.

Tomek Michniewicz na pokładzie łodzi poszukiwaczy skarbów w trakcie zbierania materiau do nowej książki "Gorączka"

Tomek Michniewicz na pokładzie łodzi poszukiwaczy skarbów w trakcie zbierania materiau do nowej książki „Gorączka”

Jako autor nie powinienem tak robić, ale jako człowiek – nie wyobrażam sobie innej opcji. To tak jak być fotoreporterem wojennym. Obok ciebie jakiś dzieciak dostaje kulkę. Możesz spróbować zatamować krew lecącą z urwanej nogi i być może uratować mu życie albo robić zdjęcia. Co wybierasz? Zawodowiec pewnie będzie fotografował, za co dostanie World Press Photo, ale ja bym mu pomógł.

– Jak długo zbierałeś materiał do Gorączki i skąd w ogóle pomysł na taki temat?

– Materiał zbierałem w sumie półtora roku, od momentu, kiedy trafiłem na ślad poszukiwaczy skarbów w Indonezji. Siedziałem wtedy pod palmą na Gili Trawangan, a na tej wyspie jest od groma szkół nurkowych. Któregoś dnia przy brzegu zrzucił kotwicę wielki żaglowiec, który pływał regularnie na trasy nurkowe na Komodo. Z reguły z takich łodzi wysypywali się uczestnicy wypadów, ale tym razem byli to sami instruktorzy. To zwróciło moją uwagę, bo nigdy nie zdarzało się, by płynęli gdzieś tylko w swoim własnym gronie. To byli moi znajomi, więc podpytałem gdzie byli, co robili. Dowiedziałem się, że odkryli jakiś wrak i popłynęli go eksplorować. Nic nie przywieźli, jakieś stare drobiazgi, raczej bez wartości, ale byli strasznie podekscytowani.

W tamtej części Azji pływało kiedyś sporo tak zwanych galeonów manilskich. Hiszpanie transportowali nimi kosztowności z krajów Dalekiego Wschodu przez Pacyfik do Panamy, gdzie były przerzucane dalej lądem i dopiero stamtąd płynęły do Europy, głównie Sewilli. Jeśli więc w okolicach Indonezji znajdzie się jakiś wrak, to jest duża szansa, że leży w nim sporo towaru.

To był pierwszy moment kiedy pomyślałem: „Wow, jaki klimat! Nurkują do wraku, a tam mogą znaleźć srebro albo złoto”. Zacząłem się wgryzać w temat, odświeżyłem znajomość z Corkiem Grahamem, który potem stał się bohaterem książki. Pamiętałem, że on kiedyś zajmował się takimi sprawami i siedział w więzieniu z tego powodu. On mnie wprowadził w parę środowisk, spotkałem trochę nowych osób. Tak to się zaczęło.

– A jak się skończyło – można przeczytać w książce. Dzięki za rozmowę!

Przeczytajcie też recenzję „Gorączki” na blogu o podróżach Daleko niedaleko.

Ewa Serwicka

Ewa Serwicka

Zamieniła korpopracę na turystykę. Lubi patrzeć na świat przez obiektyw aparatu. Bloguje na Daleko niedaleko.

Komentarze: 16

Ajka_k 2 listopada 2011 o 12:33

Bardzo ciekawy wywiad i nabrałam wielkiej chęci na lekturę :-)

Odpowiedz

    m sadurski 7 listopada 2011 o 2:52

    A ja wręcz przeciwnie.
    Autor książki postępuje jak niektórzy politycy. ‚Wiem, ale dokładnie co, i skąd, to nie mogę powiedzieć’.
    Prawdę mówiąc nie brzmi to dla mnie wiarygodnie.

    Odpowiedz

      Jagoda 8 listopada 2011 o 21:39

      Wiarygodne to mają być reportaże, a fantastyka ma być… tajemnicza i intrygująca? Tylko nie za bardzo wiem, czym ma być ta książka.

      Odpowiedz

monika 3 listopada 2011 o 10:17

mam dorzucić swoje około 40 zeta facetowi, który opisuje jak kradnie się zabytki i skarby? do czego wy namawiacie? wstyd…

ps indiana dżons oddawał precjoza do muzeum

Odpowiedz

    Ewa 3 listopada 2011 o 11:08

    w którym miejscu namawiamy?

    Odpowiedz

      monika 3 listopada 2011 o 11:20

      już rowijam mą myśl:)
      jasne, że rozmawiający nie popełnił najgorszego błędu i nie namawia: „kup pani, kup”. ale recenzjo-wywiad jest utrzymany w tonie zachęcającym, a ostatnie standardowe zdanie „A jak się skończyło – można przeczytać w książce” jest de facto kierunkowskazem do księgarni, bo przecież wiadomo, że w bibliotekach książka będzie najwcześniej za kwartał.
      sporo jest zwrotów pozytywnie nacechowanych typu „ukryty skarb”, o złodziejstwie mówi się „robiś coś nielegalnego”.
      rozmówca został potraktowany bardzo łagodnie, jak uroczy chłoptaś, który sąsiadom podbiera jabłka. tylko, że to nie jest wywiad z tomkiem wilmowskim, ale gościem, który przystąpił do złodziei. skoro przystąpił, to czy sam jest złodziejem?

      Odpowiedz

        Ewa 3 listopada 2011 o 13:29

        Fakt jest faktem, że w książce można przeczytać to, o czym opowiada Tomek. Jak ktoś jest ciekawy, to przeczyta, jeśli nie – to nie. Ja nikogo nie namawiam ani do czytania, ani do bojkotu.

        Zwrot „ukryty skarb” jest akurat dla mnie nacechowany neutralnie, podobnie jak „nielegalne działania”. A rozmówca jest również potraktowany neutralnie, bo nie moją rolą jest tu chwalić czy ganić kogokolwiek.

        Odpowiedz

Seb2007 6 listopada 2011 o 4:27

mysle droga moniko ze naogladalas sie za duzo filmow
niestety rzeczywistosc przeraza
pora otworzyc szeroko oczy
pozdrawiam

Odpowiedz

Tomasz Michniewicz 10 listopada 2011 o 14:24

Bardzo by mi było miło, gdyby osoby komentujące moją książkę jednak ją najpierw przeczytały, zamiast opierać się na swoich wyobrażeniach jej zawartości. Myślę Moniko, że po lekturze będziesz bardzo zdziwiona i zobaczysz, że te sformułowania o promocji złodziejstwa były bez sensu. Zanim kogoś ochrzcisz złodziejem, proponuję najpierw się przyjrzeć co tak naprawdę robi, bo na razie tylko Ci się wydaje, że wiesz. W kontekście zawartości „Gorączki” te zarzuty są wręcz zabawne. 

Jagodzie z kolei z przyjemnością wytłumaczę różnicę między między fantastyką i reportażem. „Gorączka” zalicza się do tego drugiego gatunku – wszystko, co zostało opisane w tej książce wydarzyło się naprawdę. Jeśli masz inne zdanie, z przyjemnością posłucham rzeczowych argumentów.

Pozdrowienia dla wszystkich.

Odpowiedz

    Jagoda 10 listopada 2011 o 18:54

    Różnice znam, ale dzięki za info odnośnie Gorączki :)

    Odpowiedz

    monika 10 listopada 2011 o 19:18

    wszyscy lubimy być czytani ze zrozumieniem:)) więc nadmienię, że nie komentowałam książki, a wywiad z autorem i przekazane tam informacje na temat „Gorączki”;)
    swoje pytanie retoryczne, które przeca nie jest stwierdzeniem, oparłam na wywiadzie, m.in.: „Ale jakoś podczas pracy nad „Gorączką” o ludziach, którzy na dobrą sprawę również kradną kosztowności należące do innych ani przez chwilę nie myślałem jak o rabusiach. Tu mnie masz, nie mam nic na swoją obronę”;

    serdele

    Odpowiedz

Zawiedziony 17 stycznia 2012 o 8:40

Szkoda czasu ne te książkę. Temat rozpala wyobraźnie , ale najwyraźniej przerósł autora, pisze tak żeby nic nie napisać….. A co do tego że w minionym roku był jedynym polakiem napokładzie statku poszukiwaczy skarbów to jest pewna nieścisłość ,co z Kaczorem który z nim podróżował????? A druga kwestia to to że wizyta na jednym z ich statków kosztuje zdaje sie 2500$ ilu Kowalskich na to stać?? Szkoda 39.90 na książkę o marnej treści z kilkoma fajnymi fotkami

Odpowiedz

No NIE!!! 25 stycznia 2012 o 8:59

Kolejna osoba wielkiego podróżnika próbuje z siebie zrobić. Pierwszy Polak którego wpuszczono na statek poszukiwaczy…. http://www.melfisher.com/myadventure/myadventure.asp to dla tych co też by tak chcieli, tylko uwaga, po obejrzenie strony i filmiku na niej magia książki pryska tak jak szacunek do autora…

Odpowiedz

zimawub 26 stycznia 2012 o 11:07

Nie wydaje mi się, że można od tak oskarżać autora o popełnienie jakiejś śmiesznej wycieczki w Key West. Książka swoim zakresem sięga dalej niż Floryda i przemysł turystyczny dla majętnych amerykanów.

Odpowiedz

szkoda 27 stycznia 2012 o 13:58

szkoda tylko, że w wywiadach, np. dla podroze.pl opowiada, „że żeby dostać się na ten statek musiał, przez trzy i pół miesiąca nękać ich mailami, żeby zaprosili go na pokład. Wysyłać rekomendacje od ludzi, którzy znają innych ludzi, swoje zdjęcia, egzemplarze książki, dokumentację projektów.” A on po prostu wykupił wycieczkę. takie kłamstwa niezbyt dobrze świadczą o autorze.

Odpowiedz

Tomek Michniewicz 16 lutego 2012 o 7:46

@Ci dwaj anonimowi eksperci – panowie, jeśli już kogoś pomawiacie, to upewnijcie się, że wiecie, o czym mówicie, bo na razie chrzanicie straszne bzdury. Nie korzystałem z opcji „My adventure”, która jest zwykłą wycieczką turystyczną dla inwestorów MFT. Co więcej, o czym nie wiecie, bo nie ma tego w sieci, a to jedyne źródło Waszej niezmierzonej mądrości – raz w roku na łodzi jet wielka impreza w ramach Division Week i w ten sposób też się można dostać na pokład! Będzie taniej, i w Waszym zasięgu. Powodzenia i bawcie się dobrze!

Ja byłem członkiem załogi J.B. Magruder i pracowałem na dnie oraz w laboratorium. Tego nie kupicie z żadną wycieczką.

Życzę więcej wiedzy, a mniej zawiści.

Odpowiedz