Turkmeńskie damy. (Fot. Robb Maciąg)

Turkmeńskie damy. (Fot. Robb Maciąg)

– A Wy to dokąd ?
– Do Turkmenabadu.
– To jeszcze jakieś dwieście siedemdziesiąt kilometrów. Wodę macie?
– Tak.
– A dużo? Bo tam pustynia a dziś jest ze czterdzieści pięć stopni.

***

– Słyszałem, że wy z Polski.
– Dokładnie.
– Ja byłem w Polsce. W 1976. W armii. W Legnicy i w Jaworze. Kolegę miałem. Witek się nazywał. Niech Was Bóg chroni. Wszystkiego dobrego.

Takich dialogów było kilka dziennie. Ot tak. Czy to na bazarze, czy w restauracyjce na tyłach której (osiedlowego “betonowiska”) stały piękne jurty, czy po prostu na krawędzi drogi.

Turkmenistan zaskoczył nas swą gościnnością, troską i szczerym zainteresowaniem. Zwykłych ludzi oczywiście. Nie urzędników którzy trzymali nas trzy godziny na granicy, prześwietlali sakwy i jeszcze kazali sobie za to, oficjalnie, zapłacić po trzynaście dolarów od głowy.

Turkmenistan zaskoczył nas swą gościnnością, troską i szczerym zainteresowaniem. (Fot. Robb Maciąg)

Turkmenistan zaskoczył nas swą gościnnością, troską i szczerym zainteresowaniem. (Fot. Robb Maciąg)

W jednym z miasteczek przeżyliśmy mały szok. Na mapie, ta kropka była większa niż w rzeczywistości :-) Dwa osiedla tych samych, kwadratowych domków z żółtawej cegły przykrytych dachami z eternitu, stacja kolejowa, wiadukt i .. jak wszędzie “kafe”. Z lekka jakby zapomniane. Może dlatego, że nowa obwodnica przejeżdża jakieś 100 metrów obok a nią wszystkie ciężarówki.

Kupiliśmy coś zimnego do picia i wzięliśmy się za gotowanie. Trochę zrobiło się nam nieswojo gdy właściciel najpierw wyniósł nam na zewnątrz stół i krzesła a potem zobaczył, że gotujemy i namawiał nas, “że nie trzeba, że on nam coś ugotuje”. Wytłumaczyliśmy mu, że “z kasą krucho” i jak że dla niego to problem to my sobie pójdziemy, ale … problemu nie było. Tylko troska. I ciekawość. Prymusem, rowerami no i zwyczajowo – naszą podróżą.

Do końca wizy zostało nam jeszcze tylko półtora dnia i sto siedemdziesiąt kilometrów pustkowia (jak wytłumaczył nam jeden Turkmen, tylko milion ludzi nie mieszka w miastach) a wciąż chcialiśmy coś zobaczyć, kogoś poznać, zrobić coś więcej niż tylko Tour De Turkmenistan i samo pedałowanie.
Zwłaszcza po wizycie w Mary gdzie czuliśmy tylko pośpiech wymieszany z ciekawością i poczuciem zawodu, że wiza tylko pięciodniowa.

Postanowiliśmy podjechać jakoś do Turkmenabadu, przenocować pod miastem a potem spędzić ostatni dzień wizy wśród ludzi zamiast wśród piasków.

Pociąg odpadł pierwszy.
Tak jechał, o czwartej nad ranem, kosztował może ze trzy złote, ALE zatrzymywał się na stacji tylko na dwie minuty więc za krótko by załadować rowery do wagonu bagażowego. Co prawda, pewnie za kilka wszechwładnych dolarów dróznik przytrzymał by pociąg chwilę dłużej.
Albo i nie.

Taxi odpadło drugie.
Owszem pojedzie, w trzy godzinki będziecie Państwo na miejscu. Jedyna 35 dolarów.
No właśnie.

Właściciel “kafe” kazał nam się nic nie martwić, bo “jakoś za godzinę jedzie turecki autobus”. “Turecki” to znaczy duże Volvo. Na rowery powinno być miejsce.
Pojechaliśmy na posterunek drogówki. To taki punkt w środku niczego, o kształcie wierzy kontrolnej lotniska i niby szlaban. Niby bo skręcony w bok i nikomu przez to nie przeszkadza, ale i tak każdy na kogo machnie znudzony policjant musi się zatrzymać.
Kakysz, chłopak z “kafe”, który wcześniej pojechał ze mną na dworzec i dzwonił do taksówkarza postanowił nas tam zabrać i poprosić policję opomoc.

Jacyś bardzo chętni to nie byli, ale po półtorej godzinie naszego czekania mieli nas na tyle dosyć, że postanowili coś zrobić.
Dla własnego spokoju.

Zatrzymali mały autobus i niemal kazali kierowcy nas zabrać. Oponować jakoś za bardzo nie oponował, a siedem dolarów “za przysługę” tylko go zrelaksowało.

Ania w trakcie portretowania Turkmeńczyków. (Fot. Robb Maciąg)

Ania w trakcie portretowania Turkmeńczyków. (Fot. Robb Maciąg)

W autobusie siedziało ich z siedmiu i wracali po dwudziestu pięciu dniach pracy przy wydobyciu gazu do domu. W różnym wieku, o różnych twarzach ale jednym chyba temperamencie – przez pierwsze półtorej godziny, niemal cały czas się śmieli. Z siebie nawzajem oczywiście.
W przerwach zasypywali mnie pytaniami. Mnie bo tylko ja umiałem coś po rosyjsku :-)

– a ile taki rower kosztuje ? Bo u nas na bazarze to już za sto dolarów można kupić
– a ile wydajecie dziennie pieniędzy?
– a ile się w Polsce zarabia? Bo u nas to trzysta dolarów
– a mieszkanie? Ile kosztuje? Bo widzisz, u nas to i prąd i woda i gaz i nawet sól są za darmo.

Wysadzili nas na przedmieściach, przy knajpce, której właścicielka, już tradycyjnie pokazała nam gdzie jest woda, gdzie dobre miejsce pod namiot i z uśmiechem i lekką litością powiedziała, “że przecież nie ma problemu. My tu za godzinę zamykamy to wam światło na zewnątrz zostawimy a Wy się niczym nie martwcie. Tutaj bezpiecznie”.

O szóstej rano, obudziły nas dwie spacerujące drogą parki. Oni bez koszulek, lekko zachwiani, one w krótkich sukienkach i ostrym makijażu. Lekko wypici i bardzo w siebie wtuleni.
Świat konserwatywnego Islamu zostawiliśmy ostatecznie za sobą.
Na dobre …. i na złe.

Plakaty i wszelkie murales przypominają sztukę kraju który od wielu lat już nie istnieje na mapach świata, ale wciąż żyje w historiach i żyłach wielu ludzi.
Kombajny buszujące w bawełnie i wspaniałym zbożu. Bazarowe stragany pełne wspaniałych, idealnych warzyw i owoców. Obok tego obrazek pełen wielkich, pięknie kształtnych arbuzów. Konie o rozwianych grzywach. Znów piękne i doskonałe. A tuż obok rurociągi i rafinerie. Gaz. W tle flaga narodowa i/lub jakiś cytat mądrości prezydenckich.
Albo prosto i zwięźle: Turkmenistan – nasz piękny kraj.

Ania w różowym pokoju w Turkmenbadzie. (Fot. Robb Maciąg)

Ania w różowym pokoju w Turkmenbadzie. (Fot. Robb Maciąg)

I tak na rondach i przy obwodnicach. Na dworcach i w parkach.
Na zdezelowanej Drodze Głównej Krajowej na której nijak uraczyć ani konia, ani arbuza.

W Turkmenabadzie zamieszkaliśmy w różowym pokoju i odwiedziliśmy bazar.

Poznaliśmy okruch kraju który tak bardzo ukrywa się przed turystami.
Ze sobie tylko znanych powodów.
A taka szkoda.

Polecamy całym sercem.

Robb Maciąg

Robb Maciąg

Rocznik 1974. Najlepiej mu w drodze i to nieważne czy rowerowej do Chin czy pieszej po lasach dookoła domu. Wierzy, że w podróżach najważniejsi są spotkani ludzie i ICH historie. Autor kilku książek podróżniczych i strony Ku Słońcu.

Komentarze: (1)

adam 13 kwietnia 2013 o 20:28

Witam z ciekawoscia poczytalem ale najbardziej zainteresowalem sie tym iz mieliscie kontakt z mieszkancem… byl w Legnicy i Jaworze to bylo najbaedziej podniecajace bo znalem kogos z Turkmenistanu zaciekawilo mnie to bardzo nie widzialem daty tego wpisu ale cisnienie wzroslo bo istnieje prawdopodobienstwo ze spotkaliscie mojego kolege jesli macie cos wiecej oczekuje na info
pozdrawiam

Odpowiedz