Gdy Uzbek poda Ci rękę, drugą przykłada do piersi, patrzy Ci prosto w oczy i mówi do Ciebie „Brat”. Pyta o zdrowie, uśmiecha się i… wciąż patrzy Ci w oczy. Zagaduje po uzbecku, tadżycku, w farsi lub po rosyjsku. Zależy na kogo trafisz.

Skąd? Dokąd? Ile to już w drodze? Jak długo jeszcze? Jakieś problemy? Mogę Wam jakoś pomóc? Wodę macie? To może herbaty? Zdrowi? A takie opony to się co ile zmienia? A ile one kosztują?

Powodzenie Brat! Szczęśliwej drogi Brat! Niech Was Bóg prowadzi!

Samarkanda

Samarkanda była zawsze dla mnie czymś magicznym. Błękitne kopuły meczetów, pochrząkiwania wielbłądуw, nawoływania dobiegające z głębi bazarów. Wystarczyło, że przymknąłem oczy, wyszeptałem „Samarkaandaaa” a wszystko to stawało nagle przede mną.

Po Damaszku miało to być kolejne Ważne Miejsce na mapie naszej podróży. Wspomnienia o potędze Timura, zabytki i magia miejsca, które na stałe wpisało się złotymi literami w historię Jedwabnego Szlaku.

Przywitał nas widok mauzoleum Timura i… ulica Taszkiencka, którą spotkani w hotelu rowerzyści przechrzcili szybko na Disney Land za sprawą swej sztuczności, pięknie przystrzyżonych trawników, elektrycznych meleksów i sklepów z pamiątkami wyglądających jak salony samochodowe.

Wiedziałem, że z pochrząkiwań wielbłądуw raczej nic nie będzie, ale na coś takiego jak sklepiki z pamiątkami wewnątrz kompleksu Registan, tego z którego słynie zabytkowa Samarkanda i ciągłe niemal nawoływania „by coś kupić” nie byłem gotowy.

Z wizyty w tym „moim magicznym mieście” pozostało mi tylko gorzkie rozczarowanie, seria zdjęć i… na szczęście i dla odczarowania tego smutku… nowe rowerowe przyjaźnie.

Po trzech miesiącach spędzonych tylko z Benem byliśmy gotowi na kilkutygodniową przerwę. By nie zaprzepaścić przyjaźni potrzebowaliśmy pobyć trochę sami, znów się za sobą stęsknić i spotkać w Duszanbe, w Tadżykistanie. Zajechaliśmy w Samarkandzie do rowerowej Mekki czyli hoteliku Bahodir. Jak bardzo rowerowe jest to miejsce niech opowie tylko fakt, że wszyscy napotkani taksówkarze, nie pytani, pokazywali nam którędy tam zajechać oraz to, że spotkaliśmy tam… dziewięcioro rowerzystów!

Holandia, Francja, Japonia, Niemcy i Izrael. Pary, małżeństwa i Samotni Jeźdźcy. Bez przerostu ego, bez wielkich łyd a za to pełni historyjek, pytań (to wy też tylko 80 km dziennie? Uffff! I też takie ciężkie te rowery? A już myślałem, że to tylko my tacy głupi jesteśmy itp. itd.) i zwykłej życzliwości. Ktoś potrzebuję klucza do kaset, ktoś szprychy, ktoś wie jak wyregulować hydrauliczne hamulce, a ktoś inny pokazuje jak podcentrować koło. Wspólne obiady, kolacje, spacery i… plany.

– Kto chce jechać z nami do Taszkientu?

– A Pamirską Drogę? Może Wy? Było by świetnie!

– Ktoś do Kazachstanu? Nie chce mi się jechać samemu? Ja poczekam aż załatwicie wizy.

W Azji Centralnej dróg niewiele i łatwo na siebie wpadać. Zwłaszcza, gdy listę hotelików przyjaznych rowerowej braci podaje się dalej. Tu tanio, tu duże i dobre śniadanie, tam znowu darmowa pralka.

W lipcu i sierpniu mało kto przyjeżdża do Uzbekistanu. Są jakieś grupy, jacyś rowerzyści czy kilku plecakowiczów, ale dla miejscowych „Eta nie sezon. Sezon nacinajetsa w septiambrie.”

Bo jest za gorąco.

Bo jest za sucho.

Bo jest za wietrznie.

I my w samym środku tego nie-sezonu. Gdy wiatr wieje prosto w oczy, gdy o dwudziestej pierwszej bywa trzydzieści sześć stopni.

Taszkient

Pobyt w Taszkiencie to nie przyjemność a obowiązek wymuszony zbieraniem kolejnych wiz. Jest nie tylko upalny, kierowcy są dla siebie niegrzeczni, hotelik kosztuje niemoralne trzydzieści dolarów, bo nie ma praktycznie konkurencji co męczy swoją biurokracją.

Każdy turysta, nawet rowerzyści, musi się rejestrować co najmniej co trzy dni w hotelu. Bez specjalnych potwierdzeń noclegów narażamy się na kary i to nawet po kilkaset euro więc spanie z cyklu couchsurfing jest po trochę ryzykowne a po trochę niepraktyczne, zwłaszcza gdy na przykład z Samarkandy do Taszkientu jedzie się pięć dni bocznymi drogami.

Najgorsze były jednak wizyty w ambasadach. Chiny, Tadżykistan i Kirgistan, które dzięki odrobinie szczęścia, znajomości rosyjskiego i zwyczajnej przychylności kilku ludzi obiegliśmy w… pięć dni. Stojąc godzinami w kolejkach i wydając (na wizy i hotel) 2000 złotych!

Tyle właśnie kosztuje frustracja i wspomnienia z Taszkientu. Przyćmiewając te prawdziwe wspomnienia z Uzbekistanu.

Uzbeccy policjanci, wypełniają sobą chodniki, skrzyżowania, parki i stacje metra. Dodatkowo rządzą ambasadami. To od nich zależy kiedy i czy w ogóle wejdziesz do ambasady. Niby wpisali Cię na listę gdy przyszedłeś, ale to wcale nie znaczy, że w takiej właśnie kolejności wejdziemy. Są tacy, którzy tej listy pilnują, są i tacy, dla których trzydzieści dolarów łapówki jest ważniejsze niż prawo i porządek.

Ale w jakim innym kraju, policjant na Twój widok wyciąga do Ciebie rękę, serdecznie się wita, pyta o zdrowie, oto jak się masz i czy wszystko w porządku?

W jakim innym kraju policjant uśmiecha się na Twój widok?

W jakim innym kraju odważył bym się poprosić policjanta żeby nas wpuścił do ambasady poza kolejką bo „Ania ma dzisiaj urodziny i Brat, może by tak … w prezencie?”

W jakim innym kraju, ten sam policjant, zaprosił by nas na wódkę „bo to przecież wasz miodowy miesac!”

Oczywiście język rosyjski to wszystko pogłębia.

Po pierwsze bo TY rozumiesz.

Po drugie bo CIEBIE rozumieją.

I otwiera wiele drzwi.

I pomaga obejść drobiazgi.

***

Gdyby nie to wszystko, Ci ludzie i te historyjki, Uzbekistan przypominał by Węgry czyli rowerową nudę pełną kolejnych straganów z wielkimi arbuzami, kolejnych pуl bawełny i płaskich, dusznych krajobrazуw.

Po miesiącach patrzenia tylko na siebie nawzajem zajechaliśmy do Uzbekistanu pełnego rowerzystów i… po trzech tygodniach uciekliśmy do Tadżykistanu. W góry wymarzone. W Pamir i Pamirskają Darogę. Przełęcze i wyzwania.

Robb Maciąg

Robb Maciąg

Rocznik 1974. Najlepiej mu w drodze i to nieważne czy rowerowej do Chin czy pieszej po lasach dookoła domu. Wierzy, że w podróżach najważniejsi są spotkani ludzie i ICH historie. Autor kilku książek podróżniczych i strony Ku Słońcu.

Komentarze: (1)

jagoda 24 października 2010 o 0:16

Słowa uznania za teksty o zwyczajności niezwyczajnych dni, pisane po ludzku i bez zadęcia. Więcej tekstów, więcej takiego patrzenia na świat i szlak.

Odpowiedz