Pasażer Pająk i pasażer Król proszeni o natychmiastowe zgłoszenie się na pokład. Jeśli nie zjawią się w ciągu minuty ich rezerwacja zostanie cofnięta. No tak, jeszcze jesteśmy w Europie odmierzającej swój czas z dokładnością szwajcarskich zegarków. Minuta spóźnienia i wypadasz z obiegu. Jak dobrze, że w ciągu najbliższych kilkudziesięciu dni już tak nie będzie.

Czarter z Krakowa do Hurghady, mekki masowej turystyki spod znaku czterech „S” (Sun, Sand, Sea & Sex), jak to mówi Kuba. Cały pokład wypełniony radosnym towarzystwem. Część z nich właśnie na kilkanaście dni opuściła swe korporacje, by zakosztować wakacji marzeń. Druga, ta nieco mniej szczęśliwa, za niespełna godzinę wysiądzie we Wrocławiu. Lecą z Egiptu, ich przygoda właśnie się kończy.

– Miłego urlopu – rzuca wysiadając postawny młodzieniec, na oko przedstawiciel handlowy. – Miłego powrotu do pracy – odpowiada Zbyszek, czego facet wydaje się nie zauważać. Lecimy dalej. Koszt przejażdżki – 560 zł, nie jest źle.

Ekipa IV etapu: zachód – Piotr Strzeżysz, północ – Jakub Pająk, wschód – Zbyszek Gałęza, południe – Grzegorz Król. (Fot. www.afrykanowaka.pl)

 

Pety na podłodze, herbata za herbatą

Trzecia w nocy. Witamy w kraju faraonów. Współtowarzysze ładują się do podstawionych na lotnisko autokarów z wymalowanymi na burtach wielkimi nazwami biur podróży. My ładujemy się do starego, rozpadającego się peugeota, który służy za taksówkę. Po kilkunastu minutach, ubożsi o osiem dolarów zostajemy wyrzuceni na dworcu autobusowym, skąd chcemy się dostać do Asuanu. Tu, w ostatnim większym mieście na południu kraju, ma nastąpić przekazanie sztafetowej pałeczki. Ekipa przemierzająca Egipt wkrótce wróci do domu, my śladami Kazimierza Nowaka, będziemy chcieli przejechać przez Sudan i dostać się do Ugandy.

Że dokładnie po śladach się nie uda wiemy już dziś. Ale o tym za chwilę. Na razie jesteśmy na dworcu, a raczej w sąsiadującej z nim restauracji, gdzie pomimo późnych godzin nocnych kręci się spory tłum. Wokoło typowa arabska prowizorka. Odrapane lamperie, sterty śmieci, tynk odpadający ze ścian, pety lądujące wprost na podłodze. Nie musi się podobać. Turyści zamknięci w swoich hotelach z basenami i tak tu przecież nie dotrą. Gdzieś w pobliżu mają swoje, czystsze zapewne butiki i bazary, będą więc Egiptem zachwyceni.

Nam się podoba. Popijając herbatę za herbatą czekamy. Autobus ma być koło 10, przyjeżdża po 11. Tylko godzina różnicy? Jest naprawdę nieźle.

Duże fiaty na drodze, piwo za piwem

Dworzec autobusowy w Asuanie jest oddalony od wypełnionego tanimi hotelami centrum o kilka kilometrów. Od Piotra Tomzy z egipskiego etapu Afryki Nowaka dostajemy cynk, że zainstalowali się już w El-Amin. Jak się tam dostajemy? Za kilka egipskich funtów podwozi nas kierowca autobusu. Przerośnięta taksówka zatrzymuje się niemal przed samym wejściem.

Niedziela mija szybko. Załatwiamy bilety na statek do Sudanu. To jedyny sposób na przekroczenie granicy, nic się w tej kwestii nie zmieniło od czasu podróży Kazimierza Nowaka.

Pakujemy sakwy i trzeba ruszać dalej. (Fot. Jakub Pająk)

Wszędzie wokół typowa arabska prowizorka. (Fot. Jakub Pająk)

Później przepakowujemy bagaże do rowerowych sakw, szwędamy się bez większego celu po ulicach, wyszukując wśród setek przemierzających je gruchotów przypominające zabytki duże fiaty i polonezy, których kręci się tu dość sporo. Znajdujemy też restaurację nad Nilem, w której legalnie można napić się zimnego piwa. Na nielegalu dostępne jest też wino i najprawdziwsza whiskey, co konspiracyjnym szeptem proponuje obsługująca nas kobieta. Z kontrabandy nie korzystamy, z browaru owszem – nie wiadomo w końcu kiedy nadarzy się kolejna ku temu okazja.

PS. Miał być jeszcze ciąg dalszy o promie do sudańskiego Wadi Halfa i o tym, że pociąg, który jechał stąd do Akbary nie jeździ, ale właśnie pakujemy sakwy i trzeba ruszać dalej. Więc krótko. Kazimierz Nowak tym właśnie pociągiem odbył swą podróż, na co i ja szczerze liczyłem. Zamiast tego za chwilę siadamy na rowery i dymamy 1000 km do Chartumu. Ciąg dalszy oczywiście nastąpi…

Grzegorz Król

Grzegorz Król

Ostatnio jeździł motocyklem po Bałkanach, ale nic o tym nie napisał. Robi Peron4 i bardzo lubi podróże.

Komentarze: 3

pawel 11 lutego 2010 o 18:35

no szacun kuzyn na rowerze. zad nie boli? a nacierajcie wy se je …

Odpowiedz

Dominika 15 lutego 2010 o 19:35

Przygoda zapowiada się ciekawie, no uklon w Panów stronę bo 400 kilos to jest już dłuższa przejażdzka. Królu nie masz co narzekać na +37 st C w naszej pieknej miescinie jest klęska żywiołowa spowodowana nagłym zaskakującymi jak na tę porę roku opadami ogromnych ilości sniegu. Przypuszczam że poruszanie się po pustyni przypomina poruszanie się po 2 m zaspach śniegu. W każdym bądź razie powodzenia.

Odpowiedz

c.! 20 lutego 2010 o 10:38

dajemy rade, wczoraj kolejna setka bez sniadania, bo cymbaly poustawialy slupki przy drodze z numeracja, ktora konczyla sie gdzies, w jakiejs wiosce. mialo byc 40, zrobilo sie 105. „tepy narod” – jak to powtarza piotrek… :D
zalatwiamny pozwolenia i jedziem na poludnie podbijac czarna afryke… pozdrawiam z chartumu.

Odpowiedz