Pot, brud i śmierdzące ryby. Nieustanne poszukiwanie cienia i wygodnej pozycji umożliwiającej przetrwanie. Jeśli wydaje się wam, że podróżowanie to same przyjemności, zapraszam na barkę z paliwem płynącą w górę Nilu.

Jesteśmy pierwsi. Żaden biały turysta nie płynął jeszcze statkiem z leżącego na północy Kosti do Juby – stolicy Południowego Sudanu. Po pierwsze – białych turystów tu w ogóle nie ma, po drugie – jeśli już biały pokonuje tę trasę (są nieliczni misjonarze, biznesmeni i pracownicy organizacji pozarządowych) to leci samolotem.

Kilka słów jeszcze na wstępie w kwestii wyjaśnienia – statek to bowiem zbyt wiele powiedziane jak na europejskie warunki. Najlepsze, powszechnie na Nilu używane określenie, to pusher, czyli pchacz.

Z przodu pchacza przymocowane są spięte ze sobą w czworobok cztery barki. W naszym przypadku trzy z nich wypełnione są paliwem, na czwartej stoi ciągnik, stary volkswagen i zdezelowany bus. Resztę wypełnia kilkaset zgrzebnych worków wypełnionych cebulą – towarem na południu deficytowym. Jeden z pokładów to także pasażerskie obozowisko – to na nim, osłonięte z jednej strony ścianą niewielkiej przybudówki, stają nasze namioty. W jednym z nich, po zmroku, gdy już słupek rtęci spadał poniżej czterdziestki, powstał ten dziennik pokładowy. Zapraszam do lektury.

4 III – dzień pierwszy: Z głodu nie umrzemy

Dziś o godz. 13.15 pusher Africa z trzema białymi a pokładzie wyruszył w liczącą jakieś półtora tysiąca kilometrów podróż do Dżuby. Ciężko powiedzieć ile to potrwa. Jedni mówią, że dwa, inni, że trzy tygodnie. Każdy dodaje przy tym arabskie inshalla. Po naszemu – „jak Bóg da”. Równie dobrze tygodni może zatem być i cztery. Ale jesteśmy przecież w Afryce, gdzie nie obowiązują rozkłady jazdy.

Na pokładzie, poza arabską załogą i kilkoma czarnymi pasażerami, są z nami dwie owce. Nim dotrzemy do celu, jednym sprawnym pociągnięciem noża kucharz poderżnie im gardła. Posiłki załogi będą więc bogatsze od naszych o świeży kęs mięsa. No chyba, że złowimy jakąś rybę.

Co do jedzenia to jesteśmy zaopatrzeni solidnie. Mamy jakieś 15 kg podsuszonych daktyli, pół wielkiego worka cebuli, 3 kg soczewicy, 2 kg ryżu, paczkę makaronu, ok. 3 kg mąki, 2,5 kg mleka w proszku, ponad 3 litry oleju sezamowego, trochę ostrych jak diabli suszonych papryczek i przypraw w proszku. Jest jeszcze sól i cukier, kawa i herbata oraz parę puszek z ananasami, tuńczykiem i przecierem pomidorowym. Z głodu nie umrzemy.

Co innego nam chodzi po głowie. Po miesiącu spędzonym na objętej całkowitą prohibicją północy, oddalibyśmy wiele za zimne piwo.

5 III – dzień drugi: Witamy na Południu

Punktualnie o siódmej rano czarny łeb wsunął się nam do namiotu. Nie było by w tym pewnie nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że w ręce trzymał podniszczonego kałasznikowa, ubrany był w spłowiały wojskowy mundur a na ramieniu miał czerwoną opaskę z napisem SPLA – Sudanish People Liberation Army – powstańczej armii, która przez ponad dwadzieścia lat walczyła o wyzwolenie południa spod krwawych rządów islamskiej północy.

Szacuje się, że w wojnie o niezależność zginęło ponad trzy miliony ludzi, kolejne kilka zostało przesiedlonych lub ratowało się ucieczką do sąsiednich państw. Za rządzącym z Chartumu prezydentem Al-Bashirem, wysłano międzynarodowy list gończy. Siedzi więc w kraju i nie wychyla nosa za granicę, nie przeszkadza mu  to jednak zupełnie w tym by kandydować na ten urząd w kwietniowych wyborach (odbędą się w niedzielę – 11 IV).

Od 2005 r., kiedy podpisano porozumienie pokojowe Południowy Sudan to autonomiczne terytorium. Ma własnego prezydenta, własny rząd i armię. Szykuje się też do zaplanowanego na przyszły rok referendum, w którym mieszkańcy zadecydują o autonomii. Póki co panuje więc względny spokój.

Już dziś ludzie mówią jednak, że jak referendum zostanie sfałszowane, kraj znowu pogrąży się w chaosie. Opcji, że Południe będzie nadal chciało żyć w obrębie jednego państwa, raczej nie bierze się pod uwagę.

Dochodzi dwudziesta pierwsza, czuć zmianę klimatu. Leżymy w namiotach, jest duszno, a maty przyklejają się do ociekających potem pleców. Kuba zaczyna jęczeć Browar, browar. Wszystko przez jedną sporą porażkę. A było to tak.

Ok. jedenastej stanęliśmy w miejscowości Renk. Nogi czym prędzej poniosły nas na brzeg w poszukiwaniu lodówki z wiadomym trunkiem. Ale zrobiło się egzotycznie dookoła. Sami czarni. Prawie nie ma facetów w białych, przypominających pidżamy dżalabijach, nie ma kobiet pozasłanianych jak przed jakąś zarazą. Zamiast nich zalotnie spoglądające, uśmiechnięte dziewczyny z głowami pełnymi warkoczy i pozdrawiający nas młodzieńcy, jakby żywcem wyjęci z gangsterskich rap teledysków.

– Czego wam trzeba haładżia? – krzyczą wymachując rękami. Haładżia to po prostu „biały”. Mówi tak do nas cały Sudan, tak ten arabski, jak i czarny z południa. Niestety, nim zdążyliśmy wypowiedzieć magiczne życzenie przechwycił nas patrol SPLA i wylądowaliśmy w blaszanej budzie, służącej za portowy posterunek.

Wyjątkowo nierozgarnięty urzędas zaczął oglądać paszporty, wizy, pozwolenia na podróżowanie. Sprawiał przy tym wrażenie jakby w ogóle nie potrafił czytać.

Skąd? Dokąd? Po co? Dlaczego? Zawód? – posypała się sterta pytań. Pomnóżcie to razy trzy i mamy ponad godzinę z głowy. Statek za chwilę odpływa, w najbliższej lodówce jest tylko pepsi a do marketu w centrum dojść nie zdążymy. Misja zakończona porażką.

Następna stacja – Malakal. Za dwa dni – 7 marca. Równy miesiąc od ostatniego browaru w egipskim Asuanie.

6 III – dzień trzeci: Wielka antena

Zdarzyło się niewiele. Jedyna przygoda to spotkanie na trasie bratniego pushera o nazwie Junglei. Zacumowano wbijając barki w gliniasty brzeg, zetknęliśmy się burtami i zaczęła się wymiana powitań, uścisków i opowieści, chociażby o tym co trzech haładżia robi na barce. Wymieniono się też antenami satelitarnymi. Oni dostali mniejszą, my większą. Czyżby więcej kanałów w południowej tivi? Mniej cenzury? Panie kapitanie, statek trzeba prowadzić, a nie roznegliżowane panienki z satelity oglądać…

Poza tym dzień nie przyniósł większych niespodzianek. Nil się zwężył, coraz więcej na nim pływających, zielonych wysp z wodnych hiacyntów, coraz więcej ptaków dookoła. Suchy krajobraz pustynny zastąpiły też drzewa i trawy, a lepianki z gliny pojawiające się co jakiś czas murzyńskie wioski z okrągłymi chatami i dachami pokrytymi suchą trawą.

7 III – dzień czwarty: Co Murzyn ma między nogami

Godz. 23.37 – Malakal. Mieliśmy tu stać dwie godziny, stoimy nadal, choć od przybicia do brzegu minęło ich przeszło dwanaście. Podobno są jakieś problemy z silnikiem. Tak się robi trzy tygodnie do Juby.

Pijemy zimnego Heinekena, puszka za puszką. Kupiliśmy dwie zgrzewki na wszelki wypadek i jakoś leci.

Łowiłem ryby dopóki wędka nie odwiązała się od metalowej barierki i odpłynęła z prądem. Ale przez chwilę fajnie było, Kuba zrobił ciasto, Zbychu zmajstrował żyłkę z haczykiem i nawet dziubały coś te rybki, żadna jednak nie zdążyła paść naszym łupem.

W mieście byliśmy te dwie godziny, po których Africa miała odpłynąć. Sami czarni prawie, paru Arabów prowadzi tylko jakieś restauracje i sklepiki. Liczą kasę, co wychodzi im doskonale. Murzyni do interesów kompletnie nie mają głowy.

W poszukiwaniu browarów trafiliśmy do speluny takiej, że szok. Ściany z blachy falistej, obskurny bar, półki zbite z desek, na nich oprócz piwa butelki gruzińskiej wódki. Kuba od razu zarządził po butelce chmielu. Dostaliśmy nie dość, że ciepłe, to jeszcze ohydne jak mało co. Parszywa marka z Ugandy, która na etykiecie miała napis Inspirowane browarnictwem wschodniej Europy. Syf, jak cała ta knajpa.

Po powrocie napatrzyliśmy się na gołych Murzynów. Pusher zaparkował kilka kilometrów przed portem, tuż przy nabrzeżu gdzie cały dzień odbywa się pranie, a przy okazji miejscowi korzystają z kąpieli. Płeć męska bez wahania biega po wodzie prezentując swe ogromne przyrodzenia, kobiety są bardziej powściągliwe. Zostają w stroju topless.

8 III – dzień piaty: Lustereczko powiedz przecie…

Dziś Dzień Kobiet. Wziąłem prysznic z tej okazji, ogoliłem głowę coraz bardziej tępą żyletką. Choć może okazja jednak inna była.

Natchniony zostałem przez młodzież tubylczą płci męskiej. Dosiedli się w Malakalu. We wczesnych godzinach porannych zrobili sobie na dachu jednej z przybudówek prawdziwy salon piękności. Powyciągali lustereczka, grzebienie i maszynki do golenia. Najpierw wyrównywali fryzury, po czym nastąpił zupełny hit. Za pomocą szczoteczek do zębów zaczęli nanosić na włosy i brwi jakąś maść czarną, upiększającą. No wyobraźcie to sobie – czarny jak smoła koleżka, czarna czupryna i na to jeszcze ten specyfik, pastę do butów przypominający.

A ile w tym misterii było, ile poprawek i spojrzeń w lustereczko…

Poza tym dzień jak co dzień. Koło jedenastej śniadanie – dziś ryż gotowany z daktylami plus spora dawka mleka. Później poszukiwanie cienia. Lekko utrudnione, bo kurs się zmienił na zachodni i stałe miejscówki tonęły w słońcu, palącym tak, że aż strach pomyśleć co będzie, jak dalej w południe się wbijemy.

Okolica się zmienia. Nil czasem wąski jak Wisłok w okolicach Mostu Zamkowego w rodzinnym Rzeszowie. Zielono dookoła, wysokie trawy porastają brzegi, wioski coraz rzadsze, ptactwa kolorowego za to przybyło. To można sobie przez lornetkę pooglądać w wolnych chwilach. Tych nam raczej nie brakuje, gorzej czasem siły do podniesienia lornetki znaleźć…

Dalsze przygody dzielnych haładżia: W górę Nilu: Chodź, postrzelamy do krokodyli

 

Grzegorz Król

Grzegorz Król

Ostatnio jeździł motocyklem po Bałkanach, ale nic o tym nie napisał. Robi Peron4 i bardzo lubi podróże.

Komentarze: 4

oko 8 kwietnia 2010 o 12:37

oj wąski ten nasz wisłok wąski….

Odpowiedz

jamkoś 8 kwietnia 2010 o 14:54

Spedzilem dwa miesiace w Sudanie ktorejs poprzedniej zimy. To jedno z najbardziej magicznych miejsc na globusie. Super, ze Wam sie chcialo! Powodzenia
Marcin

Odpowiedz

Minor 22 kwietnia 2010 o 11:49

ja jebe…
nie wiedziałem że tak głupio wygląda ‚haladzia’ w Nilu wśród lokalesów…

Odpowiedz

Grzegorz Król 22 kwietnia 2010 o 12:58

Zbychu, ja tylko pstrykałem. Reszty dokonała, że tak powiem, natura. Mówisz, ze była niełaskawa? :D

Odpowiedz