Witamy w Sudanie. Kolej jeździ tu z prędkością dwudziestu pięciu kilometrów na godzinę, za fotografowanie kobiet można trafić na policję, a słupki drogowe prowadzą donikąd. Jest też specjalny rarytas na kaca – surowa wątróbka z wielbłąda. Tylko kaca brak.

Dziwne przygody przytrafiają się tu co chwilę. Niektóre wynikają z różnic kulturowych, inne ze zwykłego przypadku, a kolejne po prostu z głupoty. Jedne są śmieszne, inne niemal tragiczne. Patrząc jednak z perspektywy czasu – wszystkie na swój sposób fantastyczne i – po prostu afrykańskie.

Kciuk się nie liczy

Zanim zorientowaliśmy się, że kciuk się nie liczy kilka razy na stole lądowała o jedna porcja herbaty za mało.

Mocny, słodki, wzbogacony o orientalne przyprawy czaj podawany w niewielkich szklaneczkach to w krajach arabskich jeden z najpopularniejszych napojów. W północnym Sudanie można go kupić na każdej ulicy. Sprzedają go czarne jak heban kobiety, głównie z południa i zachodniej części kraju. Zawsze uśmiechnięte, pooplatane w kolorowe stroje. Tylko po polsku i angielsku ciężko się z nimi dogadać.

Nim przyswoiliśmy arabskie liczebniki trzeba się było komunikować prastarym językiem migowym. Więc trzy poproszę, w górze kciuk, palec wskazujący i środkowy. Siedzimy we trzech przy stoliku i czekamy. Tymczasem na tacy pojawiają się dwie szklaneczki.

Innym razem na herbacie cała nasza czwórka. Cztery palce w górze, wszystkie prócz najmniejszego. A szklanki pojawiają się trzy, o czwartą trzeba jeszcze raz poprosić.

Dziś cwani jesteśmy – cztery to arba, trzy to talata. Ewentualnie chowamy kciuka. I wszystko działa jak należy.

Dwadzieścia pięć kilometrów na godzinę żelazną koleją

Pociąg chodził nam po głowie od samego początku, kiedy to dowiedzieliśmy się, że po wybudowaniu asfaltowej drogi skład z Wadi Halfy do Atbary nie jeździ. Trzeba było przez to zrezygnować z trasy, którą w latach trzydziestych przemierzył Kazimierz Nowak i przedrzeć się rowerami przez Pustynię Nubijską. Plan jazdy po szynach jednak pozostał.

Okazja nadarzyła się po dojechaniu do Atbary. Okazało się, że wybudowane w XIX w. przez Brytyjczyków połączenie do Chartumu nadal działa. Choć działa to w tym przypadku dość wielkie słowo – kolej jest bowiem od kilkudziesięciu lat niemodernizowana, a wagony wyglądające jakby pamiętały jeszcze czasy brytyjskich kolonizatorów, ledwie się toczą po wąskotorowych szynach.

Tak rekordowe tempo nie przyszło nam jednak do głowy. O godz. 21.30 wsiedliśmy do przepełnionego wagonu III klasy, by powoli ruszyć do oddalonego o ok. 130 km Shendi. Dojechać się udało – tyle, że następnej doby, dobrze po godz. 2. Średnia – jakieś 25 km/h. Jak przy dobrym wietrze na naszych rowerach.

Na stancji u studentów medycyny

I tu szykuje się kolejna przygoda. Kierownik miejscowej lokandy (najtańsze, dość obskurne miejsca noclegowe, w których podłoga to często zwykłe klepisko, a łóżka stoją nie tylko w zamykanych na kłódki pokojach, ale i na wewnętrznych dziedzińcach) gdzieś zniknął. Wydaje się więc, że mamy mały problem, bo to jedyny tego typu przybytek w okolicy.

Nagle, jak spod ziemi, pojawia się trzech czarnoskórych młodzieńców. Przedstawiają się ładnie, mówią, że studiują medycynę na miejscowym uniwersytecie i… zapraszają nas do siebie na noc. Głupio było by nie skorzystać z tak pięknej okazji.

Kilka przecznic dalej, przez zasypane piaskiem ulice i już jesteśmy. Wielka brama staje otworem. Za nią mikroskopijne podwórko upstrzone powciskanymi w ziemię kapslami po gazowanych napojach. Mieszczą się tu nasze rowery, jedno łóżko i rozścielona na ziemi narzuta, na której spać może trzy osoby. Stawiamy jeszcze namiot i miejsca zostaje niewiele.

Stancja ma jeszcze przedzielone korytarzem trzy pokoje i osobny, maleńki budynek na łazienkę. W niej klasyczna ubikacja „na narciarza” i zestaw metalowych rur – dziwna arabska konstrukcja imitująca prysznic. Prowizorka jak wszędzie, grunt jednak, że działa.

Polscy studenci w takiej norze nie zgodziliby się pewnie mieszkać za dopłatą. Nasi nowi znajomi, z dala od swoich rodzin, są jednak zadowoleni. Gdyby jeszcze dziewczyny można sprowadzić to było by jak w raju. Na takie historie w muzułmańskim kraju grzech sobie jednak pozwolić.

Pięknych dziewczyn się nie fotografuje

Jeśli już jesteśmy przy dziewczynach to trzeba przyznać, że Sudanki to wyjątkowe piękności. Dziesiątki lat mieszania krwi arabskiej z krwią z Czarnej Afryki zrobiły swoje. Biada jednak temu, kto skusi się na ich wdzięki. Choćby chciał tylko utrwalić je na matrycy aparatu.

Idziemy we dwóch. Piotr pstryka dziewczyny wychodzące z uniwersytetu, z daleka, teleobiektywem. Choć cała akcja trwa najwyżej kilka sekund wychwytuje ją czujne oko stróża islamskiej moralności. Brodaty dziadek, w lekko przykurzonej dżalabiji, podbiega w takim tempie, jakby nagle ubyło mu ze 30 lat. Prawie wyrywa aparat z ręki.

– Co wy sobie myślicie, nie wolno fotografować kobiet!!! – krzyczy pieniąc się ze złości. – Musicie jechać na policję.

Momentalnie robi się zbiegowisko. Choć parę młodszych osób próbuje uspokoić staruszka, jest nieugięty. Zatrzymuje jakiś samochód, do którego niemal siłą zostajemy wepchnięci…

Po kilku minutach siedzimy na wielkiej kanapie w gabinecie szefa miejscowej policji. Nawet jest przyjemnie – na zewnątrz prawie 40 stopni a tu pełną parą pracują wiatraki i działa klimatyzacja. Dla rozluźnienia atmosfery dostajemy też cukierki i po szklance herbaty.

Potem opowiadamy o swojej podróży a pan policjant wnikliwie przegląda zdjęcia. Piotrek traci wszystkie dziewczyny, ja muszę pokasować skrępowane kozy sfotografowane na targu mięsnym. Pokrętna logika.

Te słupki (nie) prowadzą do Chartumu

Można by tę przygodę zatytułować również O tym jak przejechaliśmy sto pięć kilometrów bez zjedzenia śniadania, ale może po kolei. Nocleg zrobiliśmy nad Nilem, w okolicach szóstej katarakty. Miało to być ostatnie spanie na łonie natury przed krótkim, rowerowym dniem przeznaczonym na dojazd do Chartumu. I było, tyle że sam dzień okazał się nieco dłuższy niż zakładaliśmy.

Rano niespiesznie spakowaliśmy toboły i ruszyli do asfaltowej trasy łączącej Atbarę ze stolicą. Kilkunastokilometrowa przejażdżka po piaszczystych drogach, przez niewielkie wioski i sawannę, mijała całkiem przyjemnie. Tu dostaliśmy herbatę, tam po butelce pepsi tak zmrożonej, że w środku pływały zamarznięte bryły. Pomimo zbliżającego się południa i blisko czterdziestostopniowego upału jechało się elegancko. I nawet wesoło było – w końcu na asfalcie czekał słupek z numerem „38”.

Wiatr wiał w plecy, numeracja spadała, a my wyliczyliśmy dwie godziny do Chartumu, bez zbytniego przemęczania. Trzydzieści siedem, trzydzieści sześć, trzydzieści pięć… Dwadzieścia jeden, dwadzieścia, dziewiętnaście… Dziesięć, dziewięć, osiem…

– Panowie powinny być już chyba jakieś przedmieścia… – rzucił ktoś nieśmiało. Nic z tego. „Zero” wypadło w jakiejś wiosce. Do stolicy dotarliśmy po kolejnych… pięćdziesięciu kilometrach. Naprawdę było wesoło, śniadanie o godzinie dwudziestej pierwszej smakowało wyśmienicie.

Wątróbka z wielbłąda i inne przysmaki

A propos śniadania. Co my tu jemy? – pada co jakiś czas pytanie w mailach i sms-ach z Polski. Najprostsza odpowiedź brzmi: wszystko co jedzą miejscowi.

Najpopularniejszy jest chyba full – rozgotowany bób, mieszany z olejem, krojoną cebulą i zieleniną. Czasem trafi się w tym wszystkim pomidor albo posypka z sera. Do tego jakaś bułka, która jest zarazem łyżką do nabierania jedzenia. Paluchy można przy tym nieźle pobrudzić ale warto – smaczne to, sycące i tanie. Sporą porcję można kupić już za równowartość półtora złotego.

Poza tym wzdłuż Nilu, który towarzyszy nam od początku podróży mnóstwo jest ryb, często można trafić też na kurczaka z rożna, w miastach są budki z kebabami. Zdarzają się też czasem prawdziwe rarytasy, jak na przykład… surowa wątroba z wielbłąda.

Natknąłem się na nią tradycyjnie zaglądając do garów w kuchni jednego z barów. To sprawdzony sposób, by przed zamówieniem dowiedzieć się co wyląduje na talerzu. Pływała w gęstym, szarawym sosie pełnym posiekanej cebuli. Wyglądała jakby przed podaniem miała trafić jeszcze na patelnię, trafiła jednak prosto do metalowej miski. Pałaszujący ją ze smakiem sudańscy współbiesiadnicy i twardawa konsystencja zmyliły moją czujność.

Dopiero przy płaceniu rachunku okazało się, że przypuszczenia o jej wcześniejszym podgotowaniu są całkowicie błędne.

– Niewielu turystów je nie gotowane mięso – powiedział szef kulinarnego przybytku. Ze zdziwieniem na twarzy, ale za to wielkim szacunkiem w głosie. Mnie mało nie cofnęło. Smakowała jednak całkiem nieźle, podobno jest też niezła na kaca. Szkoda tylko, że o tego jest tu niezwykle tu trudno…

Grzegorz Król

Grzegorz Król

Ostatnio jeździł motocyklem po Bałkanach, ale nic o tym nie napisał. Robi Peron4 i bardzo lubi podróże.

Komentarze: 3

Marcin 4 marca 2010 o 9:10

Witaj Panie Kolego! Jednak się udało ruszyć w chyba najtrudniejszy obecnie teren? Z zapałem śledzić będę Wasze ruchy. To jest coś, czego nie zapomni się do końca życia. Oby szczęśliwie i oby jak najwięcej przyjaznych ludzi wokół. Zdrowia, jak to zawsze powiadasz:)

Odpowiedz

Kiwi 8 marca 2010 o 14:45

Kac czeka w Jubie – w stolicy Sudańskiego Południa magicznych trunków leczniczo-kacogennych nie brakuje :) Mamy nawet kroplę żubrówki przechowaną dla was :)

Odpowiedz

Grzegorz Król 11 kwietnia 2010 o 16:03

Kiwi, jak ja sobie to wszystko przypomnę, to zgroza… :D

Marcin, zdrowia, wiadomo :)

Odpowiedz