Czas temu nieodległy był na Peronie konkurs na krótkie a dziwne wspomnienie z wyjazdu. Nie godziło się startować, zważywszy że znam czterdzieści procent jury. Materiał jednakowoż jest. Mnóstwo materiału.

Są takie chwile w życiu, że człowieka muruje. W trasie egzotycznej to się nawet często zdarza. Świątynie w dżungli, wschody słońca nad ośnieżonymi szczytami, goryle we mgle… To podstawowa klasa wspomnień aż po grób (a co najmniej Alzheimera). Ja dziś jednak chcę pisać o tej drugiej, o sytuacjach, które zwalają się na podróżnika najzupełniej niespodziewanie, rozdziawiają mu usta oraz każą wątpić w zmysły i prawa zdrowego rozsądku. Pewne rzeczy po prostu nie powinny się zdarzać.

10. Kreatywny wystrój łazienki

Polak kupuje mieszkanie. Teraz stoją przed nim dwa główne cele: wyremontować kuchnię i wyremontować łazienkę. Grzyb w salonie się przetrzyma, ale jeść i… myć ręce trzeba w wygodzie. Nie wiem, czy jakaś nacja poważniejsze inwestycje w wymienione dwa pomieszczenia czyni. Wietnamczycy na pewno rozmach mniejszy mają, ale nie oznacza to, że brak im dokonań w dziedzinie architektury wnętrz.

Gdy wchodziłem pod prysznic w Green Valley Hotel w Sapa nie miałem wielkich oczekiwań poznawczych. Chodziło li tylko o wodę z góry. Rozebrałem się, odwróciłem, by odkręcić zawór i zobaczyłem to:

Łazienkowy akt. (Fot. John Markovich)

Jestem w stanie zrozumieć, że właściciel hoteliku nie słyszał o standardach seksizmu, że chciał się pomóc zrelaksować męskiej części klienteli. O czym jednak myślał człowiek, który zaprojektował kafelki z gołą babą, tego ja w stanie wykoncypować nie jestem.

9. Damska torebka na kółkach

Przypadłością damskich torebek, jeśli mnie pytać o zdanie, jest to, że ich wymiary od wewnątrz są znacznie większe niż te zewnętrzne. Do mojego plecaka mieści się mniej niż wynosi jego objętość i wydaje się, że to normalne. Otóż niezupełnie. Jest sobie taka torebeczka, chuchro, raczej dla ozdoby, a w środku kosmetyki, kremy, chustki i chusteczki, portfele, zestaw kart stałego klienta obejmujący wszystkie sklepy w mieście, notesy, długopisy, notatki dla stolarza, klucze, biżuteria na zmianę, bielizna na wszelki wypadek, gumy do żucia, chipsy może, woda, płyn do soczewek, okulary, przełącznik FI 13, wszystko w dwóch egzemplarzach, a to dopiero początek. (Dzień po napisaniu tego zdania koleżanka wyciągnęła z torebki parę butów do przebrania.)

Gdy w Tatvan (Turcja) Memet wsadzał mnie do swojego vana zapowiedział, że ostatecznie do jego wsi pojedzie dwadzieścia osób. Uznałem, że się przesłyszałem. Są cztery rzędy siedzeń, w jednym miejsca na trzy osoby. Dopchnie się po jednej tu i tam, ale nie ma szans dociągnąć do dwudziestu. W okolicach piętnastego pasażera zaczęło do mnie docierać, że szans w teorii może nie ma, ale praktyka się tym nie przejmuje.

Było, jak Memet rzekł. Sami dorośli. Na dwóch siedzeniach koło kierowcy trzech chłopa, Czego mój gospodarz nie powiedział, to że powieziemy jeszcze bagażu o wyporności co najmniej pięciu kolejnych osób. I wcale nie było tak niewygodnie.

Tej nocy, na zboczach wulkanu Nemrut Dagi, spałem pod najbardziej rozgwieżdżonym niebem, jakie zdarzyło mi się w życiu widzieć. Gwiazd było nawet więcej niż sprzętu w aucie Memeta.

8. Wilk asasynów

Droga z Qazvin do doliny Alamut sporo wrażeń dostarczała. Jechaliśmy taksówką na spółkę z miejscowym małżeństwem. Był Eid, ostatni dzień Ramadanu. O osiemnastej w radio ogłosili koniec postu. Zatrzymaliśmy się, a nasz współpasażer pobił rekordy Usaina Bolta na trasie samochód – najbliższy spożywczak. Ponad wszelką wątpliwość wiem od wtedy: nadwaga w sprincie nie przeszkadza. Potem musieliśmy zmienić transport. Jeśli dobrze wywnioskowałem, skończyła się benzyna, a kierowcy nie udało się zdobyć kartek na tankowanie. Teraz jechaliśmy w szóstkę zdechłym Paykanem (coś jak Dacia, tylko gorzej). Ja z kolegą kierowcy na przednim siedzeniu. Bliskość między mężczyznami. Same widoki też nie do przegapienia. Góry Alborz, oddzielające centralny Iran od Morza Kaspijskiego, piękne są.

Wysiedliśmy, była już noc. Gdzieś nad nami leżały – bo nie „wznosiły się” – ruiny najważniejszego zamku sekty Ismaelitów, zwanych asasynami, siedziba słynnego Starca z Gór.

Wysiedliśmy i wtedy przed drogę spokojnie przebiegł wilk. Na wyciągnięcie ręki. Gdybym go chciał złapać, to może by się udało, on by mnie pokąsał i dlatego nie zechciałem. Wilk. Ot tak.

Przez kolejne dwie noce budziło nas wycie dziesiątków chyba jego pobratymców, ale tego pierwszego spotkania na pustej drodze nic nie przebije.

7. Rajski ogród w Esfahanie

Tydzień później spacerowaliśmy po Jolfie, ormiańskiej dzielnicy Esfahanu. Wejście na teren katedry Vank było tymczasem zamknięte, trzeba było jakoś zabić czas. Trafialiśmy w zaułki spoza mapy w Lonely Planet. Na jednym rogu zauważyłem bramę, a za nią chyba ładny ogród. Chciałem się lepiej przyjrzeć. W przejściu siedział ochroniarz. Pytam, czy mogę wejść. Zgadza się. Robię dwa kroki, rozglądam się i staję. Veni, vidi, catatoni. Bramkarz się orientuje, że minę mam nietęgą i wtrąca: Piękne? Nie miałem wątpliwości, że nie o drzewa pyta.

Iranki są bardzo atrakcyjne, naprawdę. Przykład na zdjęciu. (Fot. John Markovich)

Oj. Jasne, że piękne. Iranki są bardzo atrakcyjne, naprawdę. Przykład na zdjęciu. Ale to był jakiś destylat.

Kilkanaście dziewcząt spaceruje, siedzi, czyta. Każda z nich kończy wybory Miss Świata przez nokaut w pierwszej rundzie. Gdy jedna zauważa tę ofiarę zamurowaną w bramie i się uśmiecha, grają trąby anielskie. Jeśli jest gdzieś ten muzułmański raj, to tak wyglądają hurysy (minus hidżab). Tylko tu niezła zmyłka, bo takiego piękna kalać grzesznymi myślami się nie godzi. Mi w każdym razie zachwyt wystarczył, pospolite podniecenie byłoby zdradą boskich ideałów.

Poprzedni akapit oczywiście znacząco zwiększa szanse, że umrę samotnie i zostanę pochowany w anonimowym grobie pod płotem cmentarza. Każda inteligentna kobieta – zasadniczo moja grupa docelowa – prędzej czy później wyciągnie wnioski i zapyta: Przepraszam, a mnie to kalać można?. Nie, dziewczyny, to nie tak. Wy jesteście żywe, realne, z Wami można wchodzić w rozwinięte w pełni międzyludzkie relacje. Tam to były jakieś stwory z kosmosu zesłane na pokuszenie… Dobra, pogrążam się.

Chyba jakieś liceum plastyczne to było, ale to kwestia wtórna.

6. Miłość do Hagiego

Gheorghe Hagi był wybitnym rumuńskim futbolistą, nazywano go Maradoną Karpat. Rodacy go kochają. Chyba tylko tak potrafię sobie wyjaśnić źródła okropności, która zdobywa szóste miejsce na tej liście. Ktoś chciał wyrazić miłość do piłki nożnej.

Fagarasze to najwyższe góry Rumunii, wznoszą się w południowej Transylwanii. Spędziłem w nich kiedyś tydzień. Jeden dzień było słonecznie, jeden padało, a pięć lało. Dlatego zgaduję, że „Fagaras” w języku prarumuńskim oznacza „wielka kupa mokrych kamieni, pieprzyć to”. Zachodnia część pasma jest podobno ładniejsza, ja z kolegami ruszyłem jednak od wschodu, przez pustkowie.

Bywało, że przez cały dzień spotkaliśmy tuzin żywych istot, z czego trzy to pasterze owiec, a sześć ich wściekłe psy. Na górze nie ma właściwie infrastruktury turystycznej, wskutek czego np. przez cały trek się nie kąpałem, ale to już inna dramatyczna historia. Spać można w namiotach, ale też od czasu do czasu znajduje się schronienia, czy może raczej schrony. Jeden nocleg spędziliśmy w czymś, co przypominało brudny kolejowy kontener. Brzydkie toto, ale nie dość spektakularnie brzydkie, bym je tu umieścił.

Nie, do rankingu trafia… piłka. Tak naprawdę wiem, że słowa nie zastąpią tu obrazu, a zdjęcia nie mam, ale spróbujcie obudzić w sobie estetę i poczuć moją rozpacz. Dzikie, piękne góry, mimo deszczu zachwycające widokami. Wspinasz się ścieżką na przełęcz, wychodzisz zza załomu, a tam, na małej polanie, trzymetrowej wysokości plastikowa piłka. Łaty ma i wszystko. W środku kilka zdewastowanych prycz, dużo więcej śmieci. Wśród nich brak niestety kawałka rzemienia, żeby znaleźć tego, który to paskudztwo postawił i wybatożyć jego durne dupsko.

5. Chinglish

Zacznę od wyjaśnienia: chinglish nie jest językiem pidżynowym. Innymi słowy, to nie mieszanka chińskiego i angielskiego. To raczej chiński tłumaczony na angielski za pomocą internetowego translatora. Każdy, kto choć raz skorzystał z tego narzędzia, wie, że potrafi ono pokaleczyć język w sposób okrutny. Z tego powodu w stosunku do translatorów stosujemy zasadę ograniczonego zaufania. Mają nam pomóc odcyfrować sens, nie szczegóły. Robimy tak my, ale nie Chińczycy.

Dlatego informacja na lotnisku opisana jest jako „biurko doradzania” (desk of advising), jakby to był przedmiot magiczny z gry RPG. „Nie deptać” przyjmuje formę „don’t stampede”. „Stampede” nie ma dobrego polskiego odpowiednika, ale to jest to to, co robi stado wielkich zwierząt, np. bizonów, gdy wpadnie w popłoch. Pisząc regulamin parku, można ostrzec zwiedzających, że wprowadzane przez nich zwierzęta nie powinny zanieczyszczać trawników, ale można też polecić by „nie srały i nie szczały” (should not shit or piss).

Gdy człowiek znający nieco angielski podróżuje po Chinach, chinglish jest dla niego nieustannym źródłem WTF-owych doznań. Powstają o tym języku książki, co lepsze fajerwerki dokumentowane są w albumach fotograficznych. Mój osobisty numer 1 znajduje się na zdjęciu obok. Zrobiłem je w górach Huang Shan. Konia z rzędem temu, kto z kamienną twarzą przebrnie przez punkt trzeci tego regulaminu.

4. Kabriolet bokiem

Do Ardabilu dotarliśmy wieczorem. To umiarkowanie atrakcyjne miasto na pograniczu irańsko-azerbejdżańskim miało być tylko punktem przystankowym w dalszej drodze do Tabrizu. Trzeba było znaleźć hotel. Tu jednak wkroczyła do akcji absurdalna wręcz gościnność miejscowych. Zapytany o drogę młodzieniec zaproponował zamiast hotelu nocleg u siebie, na studenckiej stancji. Po kilkukrotnym upewnieniu się, że propozycja jest poważna – zwyczaj znany jako ta’arof – zgodziliśmy się.

Milad mieszkał w Namin, mieście oddalonym o jakieś trzydzieści kilometrów. Wzięliśmy taksówkę. Nie pamiętam marki, ale pewnie znowu jeden z miliarda Paykanów. W skrócie rzęch. Jechaliśmy autostradą, niewiele było widać. Ruch stosunkowo niewielki. Nic wartego poematów.

Wtedy zaczęło lać. Prawdziwe oberwanie chmury. Okazało się, że samochód, którym jedziemy, ma pewną stosunkowo niewielką, jednak w tych okolicznościach przyrody dość istotną usterkę. Nie działa wycieraczka. Lewa. Na przednią szybę jakby ktoś wylewał wiadra wody, a kierowca nic nie widział. Ruch, jak wspomniałem mały, ale nie zerowy. Poza tym, zakręty istnieją. Sytuacja robiła się nieciekawa. Jechać groźnie, a stać też przykro, bo kolega się rozchorował mocno i łóżka łaknął.

Taksówkarz rozwiązał problem. Spuścił boczną szybę, wystawił głowę, prawą rękę jedynie zostawił na kierownicy i tak jechaliśmy. Siedziałem z tyłu i myślałem, że są rzeczy na niebie i ziemi, o których nie śniło się filozofom. Jednym w kabriolecie wiatr włosy rozwiewa, innym deszcz je plaskaczy.

Nawiasem mówiąc, Milad sam w sobie ciekawy przypadek. Student architektury. Ubrany w koszulkę AC Milan fan serialu Lost i Avril Lavigne, który mówi, że jego największym marzeniem jest globalizacja, ale też gorąco wierzący i praktykujący muzułmanin, zwolennik Ahmadineżada.

3. Teutoni i Jebejbi

Dwie historie pod jednym tytułem. Podróże to wielki unieszkodliwiacz stereotypów, jeśli ktoś wykazuje choć odrobinę chęci, żeby próbować je weryfikować. Jednakowoż prawda jest też taka, że, statystycznie rzecz biorąc, spotykając mnóstwo osób w końcu zapewne trafimy na takie, które stereotypowi swego narodu mocno odpowiadają. Teraz o dwu przykładach.

3a. Teutoni

Spotkaliśmy ich w trakcie wycieczki na Nemrut Dagi (inną górę Nimroda niż wspomniana w p.9). To małżeństwo Niemców w średnim wieku trafiło w niepojęty dla nich świat. Zapragnęli chyba przygody, ale ta okazała się mało precyzyjnie zaplanowana. Zapisali się na bajkę Disneya, a tu leciał Warner Bros.

Zacznijmy od wyglądu. Ona jeszcze, ale on? Łysiejący blondyn w okularach, sandały na skarpetki, biały t-shirt wciśnięty w spodnie, a spodnie z kolei podciągnięte aż na pępek i spięte paskiem. Kiedyś będzie to modne na wybiegach Mediolanu, ale jeszcze nie w tym stuleciu. Image to sprawa uboczna jednak, ważniejszy ich stosunek do otaczającej rzeczywistości. Byli jak dwie kury zagubione w mrocznej puszczy. Wokół czyhało… coś. Coś zapewne groźnego. Nie przywitali się z nami, nie pytali o nic przewodnika, kontrolowali co i rusz czas. Nie wyobrażam sobie, co przeżywali na wyjątkowo stromej, pokręconej i dziurawej drodze na szczyt, przepaście wszędzie wokół.

Najlepsza była końcówka. Po obejrzeniu zachodu słońca mieliśmy wracać, ale gdzieś zapodział się nasz kierowca. Nie było też kolejnej towarzyszki podróży, Japonki, więc doszliśmy z kumplem do wniosku, że Turek uprawia podryw. A niech ma, otworzyliśmy orzeszki i cieszyliśmy się życiem. Za to biedni Teutoni z zegarkiem w ręku wykonywali rundki wokół vana.

Nie wiem, dlaczego użyliśmy tego określenia, chyba dlatego, że brzmi tak poważnie i nieubłaganie. TEUTON. Od tego czasu nazywamy wszystkich sztywniaków i nudziarzy, niezależnie od kraju pochodzenia.

3b. Jebejbi

Ścieżka na Chiński Mur w Mutianyu to jakieś pół godziny stromego podejścia. W sierpniowej duchocie i wilgotności dosyć męcząca sprawa. Po wdrapaniu się odpoczywałem i podziwiałam. Są miejsca, które wystarczy obejrzeć na fotografii i takie, które możemy znać, ale i tak na żywo zrobią wrażenie.

Nagle zza pleców, z okolic wejścia, które sam przed chwilą minąłem, dobiegł mnie wrzask: YEAH BABY, THE GREAT WALL!. I ten niepowtarzalny nosowy akcent. Tak chłopie – pomyślałem – to Wielki Mur i też się cieszę, że tu jestem, ale niezupełnie wszystkich muszę o tym informować.

Jakiś czas później odpoczywaliśmy u stóp wzgórza, na które wspinał się szlak. Kilkadziesiąt metrów nad naszymi głowami przerwę robili też Amerykanie. Dobiegały nas ich głosy, ale słów nie dało się rozróżnić. Do czasu. AMERICA ON THE GREAT WALL! YEEEAH BAAABY!!! Tu zacząłem mieć poważne podejrzenia, że mamy do czynienia z zaawansowanym kretynem. Okazało się jednak, że chłopak jest też zdolny do refleksji. Kwadrans później mijaliśmy ich i dobiegło mnie kilka słów, które całkiem spokojnie powiedział do swojego kolegi: „Oh man, we’ve climbed the Great Wall. Imagine! How many people can say that?”

Ilu ludzi może powiedzieć, że było na Wielkim Murze?

Pewnie z miliard, ty durna pało! Ten mur stoi tu od 2,5 tysiąca lat! Ten mur ma ponad 6 tysięcy kilometrów długości! To nie jest południowa ściana Lhotse zimą, palancie! Miał się kto tędy przewalać kiedyś, ma i teraz! Dla półtora miliarda Chińczyków wycieczka obowiązkowa, plus hordy turystów, 100 autobusów dziennie! Kapujesz, TY DEBILU HAŁAŚLIWY OD MÓZGU ODSEPAROWANY???

Tak sobie mniej-więcej pomyślałem, ale na głos nie powiedziałem nic, bo jestem dobrze wychowany.

2. Wietnamskie BHP

Znowu w jeden punkt wcisnę więcej niż jedną historię. Naciągam zasady, no ale jeśli przynudzałem, to i tak Was tu już nie ma, a jeśli ciekawie, to dłużej tak będzie. Opowieści o tym, dlaczego Wietnamczyków jest 86, a nie 106 milionów.

2a. Życie na krawędzi

Ja mam proste zadanie: zlokalizujcie na drugim zdjęciu pana zbliżonego na pierwszym.

Ja mam proste zadanie: zlokalizujcie na drugim zdjęciu pana zbliżonego na pierwszym. (Fot. John Markovich)

Dla osób z wyjątkowo słabym wzrokiem podpowiedź: szukacie gentlemana, który stoi na stole i maluje sufit pokoju. Spróbujcie na czwartym piętrze.
Dla osób z dobrym wzrokiem, które nie mają do tego zmysłu zaufania: dobrze widzicie, nie ma zabezpieczenia.

2b. Krokodyl Dundee Jr.

Dzieciak miał nie więcej niż dwa lata. Ten wiek, kiedy jeszcze nawet chodzenie nie wydaje się w pełni zautomatyzowane. Siedział przy straganach koło wodospadu Cat Cat. Ręce miał zajęte. W jednej trzymał nóż. Nie zabawkę. Nie scyzoryk. Nie przyrdzewiały staroć. Miał broń białą krótką, sprzęt do cięcia ludzi na spaghetti. Sama rączka mogła służyć za maczugę. W drugiej dłoni dzierżył puszkę aluminiową. I tym nożem w tę puszkę ładował, raz za razem. Łup! Łup! Łup! Ciosy wyprowadzane bez litości i zahamowań. Gdybym zobaczył swojego bratanka w takiej sytuacji przebijałbym ściany spiesząc na ratunek. Jednak co kraj to obyczaj.

Po kilku minutach puszka rozerwana była na pół. Muszę przypominać, jak ostre są krawędzie rozszarpanego aluminium?

Z radością jednak stwierdzam, że gdy odchodziliśmy spod wodospadu, mały był nadal w całości.

2c. Deathproof

Droga z Lao Cai do Bac Ha, minibus, którego wyporność opisuje historia z miejsca dziewiątego tej listy. Ten jeszcze ma sporo bagażu na dachu. Najciekawszym eksponatem jest chyba motor, bo paczki i worki raczej nikogo nie wzruszą, nawet w ilościach hurtowych. Po zapakowaniu ludzi i sprzętu okazuje się, że to, co na górze, nie dość dobrze umocowane jest. Istnieje ryzyko odpadnięcia mienia. Pomocnik kierowcy wychodzi więc, wspina się po drabince i wiąże mocniej, co trzeba. Jeszcze kolega do niego dołącza.

To wszystko dzieje się na drodze krajowej. W trakcie jazdy. Szybkiej.

1. Blondynka na autostradzie

Jest taki stary dowcip. Blondynka jedzie autostradą. W radio nagle nadają komunikat: Uwaga, uwaga kierowcy! Na trasie A4 jakiś szaleniec mknie pod prąd. Blondynka się rozgląda i z przekąsem komentuje: Żeby to tylko jeden. Wszyscy!

Tak, tak, jedziemy pod prąd. (Fot. John Markovich)

Proponuję zdjęcie.

Wiem, że nie jest najwyższej jakości. Robione w pośpiechu, z komórki. Da się nim jednak zobrazować najważniejsze kwestie. Przyjrzyjmy mu się więc. Co widać?

Widać, że zostało zrobione z wnętrza autobusu, przez boczną szybę. Obiektyw skierowany jest na skos, do przodu. Autobus znajduje się na czteropasmowej jezdni. Z naprzeciwka zbliżają się samochody. Stop, stop! Zbliżają się? Z naprzeciwka?

Pierwszego dnia w Xi’an podeszli do nas jacyś uczniowie z prośbą o wypełnienie ankiety o ich mieście. Jedno z pytań dotyczyło ruchu na ulicach. Uznaliśmy go za przeciętnie dziki, jak wszędzie w Chinach. Brak doświadczenia.

Następnego dnia przechodziłem na zielonym świetle przez pasy i prawie potrącił mnie wymuszający pierwszeństwo autobus komunikacji miejskiej. Ale szczyt nastąpił w trakcie wycieczki do Terakotowej Armii. Nasz autobus wyjechał na jedną z tras wylotowych z czteromilionowego Xi’an. Z przystanku zabrał kolejnych pasażerów. Chwilę później znów przyhamował i… zaczął nawracanie. Zawrócił, chwilę jechał pod prąd, po czym wykorzystał lukę i przebił się na właściwą stronę. Długo na niej nie został. Wrócił na przeciwny pas, dojechał do najbliższego ślimaka i wspiął się nim, nadal pod prąd. Nie wydaje się, by wzbudziło to protest jakiegokolwiek innego kierowcy. Myślę, że nasz zaoszczędził na tych manewrach dobre kilkaset metrów, może i kilometr.

Jasny gwint.

Bonus. Projektant biczy pije esencję

Najpierw pytanie: kim jest whip designer? Podpowiedź: to Nowozelandczyk. Rozmawiałem z nim, nie czytałem o nim.

Ta historia miałaby spore szanse na znalezienie się w pierwszej trójce zestawienia. Niestety, nie byłem jej bezpośrednim świadkiem. Akurat wyszedłem się wykąpać albo może zostawić coś w pokoju. Nie jest to też jednak legenda miejska. Stało się to w domu, w którym wtedy byłem, mam ludzi, którzy zaklinają się – a ja nie mam powodu nie wierzyć – że to widzieli. Dlatego też nie mogę jej pominąć.

Byliśmy na irańskiej pustyni, w Ostatnim Przyjaznym Domu. Goście mogli się w nim obficie raczyć herbatą. Zawsze stał imbryk z esencją i beczułka z wrzątkiem. Rozcienczać należało w stosunku 4/1 może 3/1. Raz przesadziłem i dałem 2/1. Napój był tak potwornie gorzki, cierpki, mocny, że co upiłem łyczek dolewałem wody, aż się zrobiło znośne.

Raz wchodzę do pokoju spotkań, a część towarzystwa w szoku. Luke, Nowozelandczyk, nalał sobie pełną szklankę esencji, po czym wypił. Nawet gospodarze podobno zaniemówili. Ja się nie dziwię. To jest nie-moż-li-we! Uwierzę w picie czystego spirytusu, paliwa lotniczego, sików urynoterapeutycznie, ale nie w spożycie czystej esencji. Przypominam, ja z trudem dawałem radę, gdy stanowiła ona 1/3 objętości herbaty, a jakiś superdelikatny nie jestem.
Nie wytrzymałem i zapytałem Luke’a, czy on świadomie to wypił, czy mu smakowało, czy może bohatera strugał. Nie wiedział, o co chodzi. No przecież herbata.

Po takiej dawce powinien mieć albo wypaloną krtań, albo zrujnowany żołądek, albo arytmię serca.

Wyjaśnienie podpowiedzi: chodzi o akcent. Odpowiedź na zagadkę: w anglojęzycznym świecie Luke jest web designerem. Zanim to zrozumieliśmy, w naszej grupce panowała względna niepewność.

Obyście żyli w ciekawych czasach!

* Jeśli nie wiecie, co to WTF to JFGI.

Jan Marković

Jan Marković

Człowiek, który nie zna się na podróżowaniu, ale od czasu do czasu to robi - dlatego, że lubi dni, które pamięta się w całości, a o takie łatwo w drodze. W trakcie swoich wycieczek zdobył wiele wrażeń. Niektóre spisał.

Komentarze: 8

Ania Błażejewska 2 czerwca 2010 o 11:19

Gratuluję debiutu na peron4.pl:) Świetny tekst, jak zwykle zresztą

Odpowiedz

Jan Marković 2 czerwca 2010 o 12:34

Gratuluj, że się w końcu zebrałem ;) Dzięki.

Odpowiedz

gart 2 czerwca 2010 o 18:12

Dobrze, ze w konkursie nie startowałeś. Jury mogloby miec watpliwosci ile miejsc na podium mozna przyznac jednemu autorowi, potem oskarzenia o kumoterstwo, wycofanie sie sponsorow, upadek, degrengolada
;)

kapitalny tekst

Odpowiedz

Jan Marković 3 czerwca 2010 o 17:01

dzięki wielkie :)

Odpowiedz

cyklonsześć 4 czerwca 2010 o 18:54

i jeszcze chciałam napisać, że nieładnie tak dawać gołą babę na okładkę, ale tekst zacny :)

Odpowiedz

Joanna 23 listopada 2010 o 2:11

swietne! nie wiem czy nie najlepszy tekst ,jaki czytalam na tej stronie

Odpowiedz

Robb 26 listopada 2010 o 18:49

Ha .. takich kafelków to w Chinach całkiem sporo :-)
bywają jeszcze podobne w designie .. zapalniczki ;-)
trzymasz wtedy płoooomień w dłoni ;-))

pozdr!!

Odpowiedz

Karolina 29 lipca 2013 o 11:21

hahaha, whip designer faktycznie najlepszy!! ;D

Odpowiedz