Nie oddamy Anatolii – plemię w centrum Ankary
Kto tu mieszka?
Naszym przewodnikiem po tym świecie jest Atalay, jednostka mocno charyzmatyczna, świetny gawędziarz i nieformalny przywódca. Jego partnerką jest Kathe – Amerykanka, studentka agronomii, która do Turcji trafiła w ramach programu międzyuniwersyteckiej wymiany.
Pozostali mieszkańcy to Essenay, inżynier górnictwa, postać sympatyczna choć o imponująco surowym charakterze i przypominająca swoją postawą starotestamentowych proroków żyjących na pustyni, oraz Ankh, jak kazał siebie nazywać, niesamowicie chudy – mógłby się schować za sznurkiem naciągającym namiot – ale sympatyczny dżentelmen. Żyje z robienia programów dla tureckiej telewizji.
Z nim i Atalayem spędziliśmy najwięcej czasu. Przekazali nam też najwięcej informacji. W międzyczasie zjawił się Burhan, ogromny (grunt zdawał się z trudem dźwigać ciężar jego 120 kg) członek plemienia żyjącego w Górach Kazu na zachodzie, ulubieniec Essenay. O plemionach warto wspomnieć. To grupy ludzi, żyjące podobnie jak nasi bohaterowie “poza Systemem” w górach. Zwykle zaangażowane w projekty proekologiczne i antykonsumpcyjne.
Nie można zapomnieć o Sinnay, nauczycielce i autorce loga Ruchu, która nocując poza obozem właściwie w nim żyła. Oni byli trzonem obozu, strażnikami idei Anadolyu – jak czasem Atalay lubił mówić.
Piszę o ludziach, bo właśnie o ludzi chodzi. Anadolyu nie dysponuje sprzętem, budżet ma bliski zeru, więc jedyną siłą są ludzie.
- Kathe i Atalay z gitarą – nieformalny przywódca. (Fot. z archiwum Autostopem ku wolności)
- Kolejna mieszkanka obozu – Sinnay, nauczycielka i autorka loga Ruchu. (Fot. z archiwum Autostopem ku wolności)
- Przygotowanie posiłków odbywało się oczywiście w kuchni. Jedzenie było zdrowe, w miarę możliwości z nieprzetworzonych produktów. (Fot. z archiwum Autostopem ku wolności)
Jak się żyje w Anadolyu?
Warunki życia są tu zaiste spartańskie. Przygotowywanie posiłków odbywało się w kuchni, która różniła się od zwykłego kawałka łąki tylko dwoma regałami na przyprawy i mąkę, wielkim glinianym dzbanem, lodówką i namiotem dumnie służącym za magazyn. Przed słońcem broniła ten kucharski przybytek płachta rozpięta między kilkoma drzewami. Posiłki gotowaliśmy na trójnogach wbitych w palenisko. Paliwem było drewno zbierane na terenie wzgórza.
Chociaż bateria słoneczna działała, prądu starczało na stałą pracę tylko jednego laptopa. Woda pochodziła ze zbiornika ustawionego powyżej namiotu – spływała do kranika własnej roboty dzięki grawitacji.
Ciekawostką było zmywanie. W obozie nie używano detergentów ani mydła do mycia naczyń, jako nieekologicznych. Co dzień, dwa z ogniska wybierano popiół i wymieszawszy go z piaskiem stawiano w pudełeczku obok kranu. Trzeba przyznać, że nie zdarzyło mi się nigdy używać niczego skuteczniej czyszczącego okopcone ogniem naczynia (na dodatek popiół jest silnie antybakteryjny).
Jedzenie było oczywiście zdrowe, w miarę możliwości z nieprzetworzonych produktów. Chętnie na przykład pieczono własne placki, zamiast chleba z pobliskiego supermarketu.
Mieszkańcy obozu wymykają się jednak zwinnie stereotypom bojownika o prawa przyrody – nie zauważyliśmy, by w obozie ktoś był wegetarianinem. Essenay zaczęła za to sadzić pierwsze rośliny uprawne, by za parę lat móc się stopniowo uniezależniać od supermarketów.
Także przyroda była twarda i oporna – trawy wyschnięte na słońcu a drzew, chroniących przed niemającym litości słońcem było mało.
Essenay, śpiąca na macie pod gołym niebem, któregoś poranka obudziła się z ogromnym wijem, drapieżną stonogą czarnego koloru, przed oczyma. Zgodziliśmy się wszyscy przy śniadaniu, że wij z rana budzi znacznie skuteczniej niż kawa.
Na terenie wzgórza Sinnay widziała też koło gościnnego ogniska metrowego węża i mimo tego, że ugryzienia tych tutaj, chociaż bolesne nie zagrażały życiu, byliśmy ostrożni.
Natura dookoła, niewygody znoszone w imię idei i płot – granica, za którą w odległości kilkuset metrów zaczynał się świat z którym walczyli – wszystko to tworzyło atmosferę żołnierskiego obozu na froncie.
Kiedy siedzi się pod jabłonią, na której śpiewają ptaki i patrzy się na rodzącą się w dolę dzielnice finansjery ma się wrażenie nierealności. Świat nie jest chyba wystarczająco duży by pomieścić te dwie, skrajne postawy.



