Kiedy znaleźliśmy się w południowo-wschodniej Azji, tam gdzie rzeki wiją się wśród dżungli i gdzie nadal pełno zwierząt, czuliśmy się jak łasuchy w cukierni z bonem na sto złotych.

Przygoda, przygoda każdej chwili szkoda,
świat jest wielki, czy go znasz?
Otwórz oczy, patrz!…

Wiele lat temu ta piosenka pobrzmiewała często i gęsto w telewizji reklamując warzone wówczas w Warszawie piwo Królewskie. Królewskie już się w TV nie ogłasza, w miejscu browaru stoją biurowce, ale piosenka jakoś mocno nam w głowie utkwiła. Trochę takie nasze motto.

Transport w Laosie jest świetną przygodą.

 

Kiedy znaleźliśmy się w południowo-wschodniej Azji, tam gdzie rzeki wiją się wśród dżungli i gdzie nadal pełno zwierząt, czuliśmy się jak łasuchy w cukierni z bonem na sto złotych. Tyle tu tego, a my mamy tylko półtora miesiąca. Wybierać nie było łatwo. Dziś, kiedy kończymy ten etap podróży, możemy pokusić się o kilka podpowiedzi dla tych z Was, którzy trafią tutaj w poszukiwaniu przygód.

Tu będzie w telegraficznym skrócie, żeby nie zamęczyć – umiejętności reporterskie ćwiczymy już na przydługich wpisach w blogu (Tra-ta-ta-ta przez pół świata – polecamy, red.). Odliczamy od końca.

Slow boat port. (Fot. Paweł Stężycki)

Slow boat port. (Fot. Paweł Stężycki)

5. Laos. Spływ rejsowym slowboatem dla lokalsów

Każdy transport w Laosie jest świetną przygodą. Oczywiście o ile się nie śpieszymy, bo wszystko kursuje wg. LaoTime, czyli przyjedzie, kiedy przyjedzie, chyba że nie dojedzie; -) Autobusy wytrzęsą Was za wszystkie czasy tak, że będziecie marzyć o polskich drogach. Siedząc wciśnięci pomiędzy tony ryżu i klatki dla ptaków poznacie nowe znaczenie słów pojemność i ładowność.

Najlepszy ze wszystkiego jest jednak spływ slowboatem z niedostępnego Phong Saly w górach północy. Nazwa slowboat jest całkowicie niezasłużona, przynajmniej przy stanie rzeki pod koniec pory deszczowej. Malutka łódka dzielnie przedziera się przez fale. Co jakiś czas z „przystanków” odbiera nowych pasażerów. Przy okazji można zrobić zakupy u miejscowych rybaków, rolników i myśliwych, w efekcie czego do pasażerów dołączają dwa sumy, związany prosiak i góra kokosów.

Praktycznie: Najpopularniejsze wśród turystów slowboaty spływają Mekkongiem od granicy z Tajlandią do Luang Prabang. Jest to już na tyle drogie, że raczej nie spotkacie miejscowych (ok. stu dolarów za dwa dni). Jeśli macie na spływ dwa – trzy dni warto spróbować dostać się do Phong Sali (jeden dzień), żeby złapać bardziej klimatyczną (i osiem – dziesięć razy tańszą) łódkę po mniejszych rzekach i strumieniach. Port znajduje się jakieś czterdzieści kilometrów od miasta, trzeba dostać się tam rano autobusem z miasta. Slowboatem można dopłynąć do samego Luang Prabang (dwa dni).

Cooking classes - lekcja o tym jak kupować dobrą cebulę.

4. Wietnam. Tajniki kuchni wietnamskiej (i sztuki krawieckiej ;-)

Już pierwszy posiłek w Wietnamie zmieni na zawsze Wasze nastawienie do wietnamskiej kuchni. Polskich sajgonek nie podano by tu nawet psom, w każdym razie nie tym hodowanym na mięso ;-)

Samo odkrywanie smaków kuchni Wietnamu to wielka atrakcja dla kubków smakowych. Najlepiej w tym celu udać się do Hoi An, kulinarnej mekki tego kraju. Panie zainteresuje pewnie fakt, że Hoi An słynie też z krawiectwa. Panom polecam wysłanie żony na zakupy z ograniczoną ilością gotówki i zaszycie się w jakiejś restauracji, żeby godnie przeczekać zakupowy Tajfun.

Kiedy już docenicie kuchnię wietnamską warto pokusić się o kolejny krok – cooking classes. Po dobrej lekcji Wasz świat nie będzie już taki sam i spokojnie będziecie mogli zaprosić do siebie na korepetycje Magdę Gessler.

Praktycznie: W Hoi An są dziesiątki dobrych restauracji oferujących różnego rodzaju cooking classes. Zajęcia często połączone są z robieniem zakupów i spacerem po bazarze (warto). Zwykle potrzebna jest grupa, o co w przypadku bardziej wyszukanych kursów, typu 3 -dniowe szkolenie dla zawodowców, może być trudno. Koszt od ok. 20 USD; cena wraz posiłkiem, który robicie; zapisy dzień lub dwa wcześniej.

3. Kambodża. Pociąg z bambusa

Zawieruchy dziejowe zmiotły z Kambodży lokomotywy i maszynistów, tory pozostały. Kiedy powróciła normalność, pomysłowi Khmerowie wymyślili swoją wersję pociągu, a raczej kolejowej taksówki.

Dwie ośki + płyta z bambusa + silniczek spalinowy + pasek klinowy = Bamboo Train.

Pociąg, który prowadzić i naprawiać może każdy, który pędzi nawet sześćdziesiąt – siedemdziesiąt kilometrów po krzywych torach, który wieczorem można schować na podwórku i który w razie potrzeby (spotkanie z cięższym bambootrainem) można w tzrydzieści sekund rozłożyć i zdjąć z torów. Do niedawna Bamboo Train’y były najlepszą metodą transportu do miasta, dziś, w miarę jak powstają drogi, przekształcają się powoli w atrakcję dla turystów. Tak czy inaczej, warto spróbować przejechać się tym dalekim kuzynem górskiej kolejki z wesołego miasteczka.

Praktycznie: Najbardziej zanany Bamboo Train działa jeszcze (są plany likwidacji) w Battanbang. Plusem jest położenie Battanbang, do którego można łatwo dojechać z Tajlandii i Siam Rep lub nawet dopłynąć z tego drugiego miejsca po drodze podglądając wioski na wodzie i ptasie rezerwaty. Minus to niestety turystyczność pociągu, który wynajmuje się za 10 USD (od pociągu), żeby pokonać dziesięciokilometrowy odcinek. Podobno są jeszcze inne, mniej turystyczne pociągi głębiej w Kambodży.

Biali w dżungli.

 

2. Laos. Biali w dżungli

Wypad do dżungli to element obowiązkowy w tej części świata. Podstawowe pytanie to gdzie do tej dżungli i z kim. Im bardziej dziko tym lepiej. Nam udało się w północnym Laosie.

Dwa dni przedzierania się przez tropikalny las, walki z pijawkami, walki z wysokoprocentowym LaoLao serwowanym przez szamana z wioski, do której jeszcze nie dotarł świat. Żeby było jeszcze fajniej organizator wprowadził element ekstremalny pod tytułem rafting na dmuchanych kajakach oraz kondycyjny pod tytułem 30 km na rowerach w upale. Wyszedł triatlon, który wspominać będziemy do końca życia.

Praktycznie: Dobrą bazą wypadową jest niewielka Luang Nam Tha, gdzie spokojnie możecie planować eskapadę sącząc bananowe szejki lub Laobeer na wielkim tarasie schroniska Zuela. Wycieczki organizuje kilka firm, a ich ceny wahają się od 30 do 120 USD. Im większa grupa, tym taniej na osobę. My, za jakość, możemy polecić GreenDiscovery.

1. Laos. Mycie trąby

Pisaliśmy o tym sporo na blogu, nie będziemy się powtarzać, tym bardziej, że dobrze opisać tego nie potrafię. Kontakt ze słoniami to jak bliskie spotkanie trzeciego stopnia. Dostojeństwo, spokój, ale też pogodność tych gigantów to coś niewyobrażanego. Słoniowe przejażdżki są dość popularne w Indochinach i należą do rozrywek raczej statycznych. Trzeba jednak pokusić się na wypad wzbogacony o opcję szorowania w rzece słoniowej skóry.

Nurkowanie w Mekkongu na słoniowej głowie to jeden z lepszych sportów ekstremalnych, jaki dane mi było spróbować.

Spotkanie trzeciego stopnia z trąbalskimi.

Spotkanie trzeciego stopnia z trąbalskimi. (Fot. Paweł Stężycki)

Praktycznie: W Laosie wiele słoniowych farm znajdziecie wokół Luang Prabang. Wycieczkę można połączyć z kąpielą w wodospadach, gdzie na spokojnie będziecie mogli dojść do siebie korzystając z naturalnego hydromasażu. Wycieczki nie są tanie (ok. 50-60 USD / osobę), ale nie warto oszczędzać. Nie chcecie chyba jeździć na głodnych słoniach? ;-)

* * * * *

Listę przygód w Indochinach moglibyśmy ciągnąć dalej – wycieczka z Panem Nygo po delcie Mekkongu, skutery w Sapie na północy Wietnamu, wspomniana trasa ze SiamRep do Battanbang, rowery w Angor, pociąg pełen karaluchów w Wietnamie i wiele, wiele innych, małych atrakcji. Na szczęście wiemy też, że są rzeczy, których nie udało nam się zrobić.

Wrzucamy je do teczki „Następnym razem w Indochinach”. Tak jest ze spływem i imprezą w Vanvieng, podglądaniem słodkowodnych delfinów na Mekkongu, nurkowaniem w Wietnamie czy dżunglą w Tajlandii.

Dajcie znać, jeśli słyszeliście o czymś jeszcze co powinniśmy wrzucić to tej teczki – im będzie grubsza tym większa szansa, że tu wrócimy.

Paweł Stężycki

Dużo podróżuje - zwykle dwa razy dziennie tramwajem. Lubi obserwować ludzi i opowiadać historie. Ceni podróże prywatnym odrzutowcem, ale one też się cenią wiec jeździ z dziećmi PKP. Mało czyta - wystarczy mu własnych problemów. Tratatata przez pół świata

Komentarze: 60

Tomek Michniewicz 10 grudnia 2010 o 18:28

Kolego, możesz mnie obrażać i pieprzyć na mój temat głupoty tu, na Peronie. Ale na mojej własnej tablicy FB tego robić nie będziesz. Masz prawo do dowolnej opinii, ale ja nie mam obowiązku jej wysłuchiwać we własnym domu. Moje przekonania dotyczące słoni nie mają tu nic do rzeczy.

Pozdrawiam jednak.

Odpowiedz

Marcin 10 grudnia 2010 o 20:22

Tomek, dajesz się podpuścić i tracisz zimną krew, co zdecydowanie szkodzi Twojemu wizerunkowi (przynajmniej w moim odczuciu). A szkoda. Sądziłem, że autor Samsary, którą notabene przeczytałem, potrafi zdystansować się od krytyki, również niezbyt przyjemnej i czasem niby z „przyjaźni” ale jednak ciut złośliwej. Stary, nie ma się co unosić, olej to, rób swoje. Inaczej ten sukces będzie początkiem twojego końca w sensie przyjemności z tworzenia bloga, strony, fb, pisania książek etc. Powtarzam, rób swoje, luz.

Każdy z Was ma na swój sposób rację, nie ma jednej prawdy, nie ma jednej podróży, nie ma jednego stylu. Ilu turystów tyle sposobów na własną drogę i przekonania. Jedyne co mi się nasuwa teraz na myśl, to to, że zmęczyły mnie te komentarze – nie wnoszą już nic więcej. Bye.

Odpowiedz

Pawel Stezycki 11 grudnia 2010 o 10:21

Moze juz skoczycie temat Pana Tomka – kazdy orze jak moze, jego sprawa szczegolnie ze rozmowa zaczela sie robic ciekawsza i normalniejsza. Skoro jestesmy dorosli to nie powinnismy miec zludzen po co sie ksiazki o podrozach pisze i w mediach wystepuje.

@Lidia – trafione to co piszesz o byciu wiezniem swojego czasu, pewnie jak kazdy. Pytanie ile innych, odmiennych zachowan tolerujesz bo jak Marcin powiedzial jednej prawdy nie ma. Chcielibysmy zeby inni podzielali nasze wartosci, te ktore uwazamy za sluszne – wiare w jednego Boga, szacunek dla innych ludzi, troske o zwierzeta, zakaz spozywania roznych srodkow – wstaw sobie co chcesz Latwo wpasc w pulapke i zaczac nakazywac ludziom jak maja sie zachowac. No i wlasnie tak tu bylo – kupe ludzi zaczelo nagle krzyczec nie wolno jezdzic na sloniach. Dlaczego? Bo uwazamy ze to zle bez wzgledu na okolicznosci. A dla mnie to nie jest takie czarno-biale tylko dlatego ze gdzies idioci niepotrzebnie maltretuja zwierzeta.

Odpowiedz

    Lidia 13 grudnia 2010 o 10:10

    Oczywiście, zgodzę się, że jazda na słoniach – ani cokolwiek innego – nie jest złe bez względu na okoliczności. Bo to właśnie okoliczności sprawiają, że jazda na słoniach jest zła – jest tylko atrakcją turystyczną i nie mamy pewności, czy nie wiąże się z krzywdą słoni.
    Wydaje mi się, że zrobiłeś – a potem opisałeś – coś, nie zastanawiając się konsekwencjami etycznymi owego czegoś (albo je ignorując). Zostałeś ostro skrytykowany. I zamiast wyjaśnić, że uważasz, że krytykujący mylą się, bo jest inaczej, albo że nie podzielasz ich systemu wartości, albo przyznać, że byłeś głupi i nie zwróciłeś na to uwagi, albo wytknąć jakość tej krytyki – zacząłeś przekonywać „krytyków”, że oni też nie są anielsko dobrzy (co nie ma tu żadnego znaczenia, bo nie trzeba być bez grzechu, żeby wskazać grzech, że posłużę się takim porównaniem) i że w ogóle to wszystko jest względne. Jest, ale co z tego? Mimo wszystko mówimy, że coś jest dobre, a coś złe, coś powinno się robić, a czegoś nie.
    I mimo wszystko mamy jakieś przekonania. Czasami są one dla nas tak ważną sprawą, że nie możemy nie zareagować, gdy ktoś postępuje niezgodnie z nimi – nie dlatego, że chcemy coś mu narzucić, ale dlatego, że jesteśmy przekonani, że w tej sposób krzywdzi kogoś albo siebie.
    I jeśli mówiąc o tych przekonaniach, mówimy, że coś „powinno się” albo, że czegoś „nie należy”, to niekoniecznie oznacza to nakazy czy zakazy. Zazwyczaj jest to tylko wyrażenie własnego zdania, które – gdy chodzi o moralność – trudno wypowiedzieć bez użycia tych słów, po prostu. A Ty, wydaje mi się, traktujesz to od razu jako bezwzględne narzucanie Tobie swojej opinii.

    Odpowiedz

      Pawel Stezycki 16 grudnia 2010 o 4:47

      Lidia, wyjasnialem to co mnie irytowalo w tej krytyce – czyli bezrefleksyjne przylozenie kalki naszych realiow do sytucji w Laosie. A im wiecej sie nad tym zastanawialem tym wiecej mialem watpliwosci co do zachodnich ekologicznych wartosci, ktore generalnie podzielam, ale coraz bardziej widze ze sa trudne do pogodzenia z sytuacja w najbiedniejszych panstwach. Jak zaczynamy robic eko paliwa to drozeje zywnosc co nam pewnie malo przeszkadza, ale na drugim koncu swiata brakuje zarcia. Chcemy zabronic polowan na jakies zwierzaki w obcym kraju… ale niby dlaczego? Tam jest to zwyczaj / zrodlo dochodu itd. Nam w Polsce nikt nie zabranial polowac. „Damy Wam pieniadze (paciorki) jesli bedziecie przestrzegac naszych wartosci i oprowadzac slonie zamiast na nich jezdzic, a jak nie do przymierajcie glodem” Mysle ze ten problem jest ciekawszy od dyskusji niz to czy Pawel Stezycki promuje nieuzasadnione meczenie slonii czy nie – szczegolnie ze ‚nieuzasadnione’ to kazdy sobie zrozumie jak chce.

      Odpowiedz

        Lidia 20 grudnia 2010 o 11:21

        Rozumiem, co Cię irytowało, ale próbowałam napisać, dlaczego wydaje mi się, że ma sens mówienie Japończykom, że powinni zaprzestać polowań na delfiny, tak jak ma sens mówienie islamskim fundamentalistom, że powinni zaprzestać wydawać za mąż małe dziewczynki i jak ma sens mówienie jednemu sąsiadowi, że powinien zaprzestać bicia żony, a drugiemu sąsiadowi, że powinien zaprzestać trzymania psa na łańcuchu… Bo co z tego, że kultura, że tradycja, skoro ktoś z jej powodu cierpi.
        A przy tym zgadzam się, że problem wasze wartości a nasze wartości jest bardzo, bardzo ciekawy. I to nie tylko w sytuacji, gdy chodzi o odmienne kultury…

        Odpowiedz

West88 13 grudnia 2010 o 20:20

Panie Tomaszu, czytając Pana wypowiedzi odnoszę wrażenie, iż przyjał Pan niezwykle kiepską formę autopromocji. Pomimo tego, iż podzielam Pana zdanie (po części) wydaje mi się, że w tak agresywnym ataku jaki przypuszcza Pan w tym momencie, mozemy odnaleźć inną marketingową twarz p. Michniewicza, niż ta przedstawiona w starannie wyselekcjonowanych i dopicowanych zdaniach książki na S. (notabene – książki jakiej jeszcze nie było -hihi) Panie Tomaszu – życzę Panu z całego serca pokory. Prosze się nie gniewać, ale wydaje mi się, że przepełnia Pana taka ilość wstrętnej PYCHY, że ja na miejscu Pana współrozmówców przestałbym z Panem dyskutować. Proszę pamiętać, że nadętych bufonów w tym „podróżniczym światku” nam wszystkim już starczy.

Odpowiedz

Andrzej Budnik 23 grudnia 2010 o 1:03

Dyskusja przycichła, bardzo mi się podobała, szkoda tylko, że finisz nie do końca na temat, ale cóż… chyba znów przez Polaków zazdrość przemówiła…

Ciekawi mnie jednak inna kwestia, Paweł, czy gdybyś teraz pisał ten tekst jeszcze raz, to czy zawarłbyś w nim znów te słonie? Ja, choć osobiście dalej jestem przeciwny promowaniu tej atrakcji w Laosie, to zacząłem zauważać jasną stronę tego tekstu – napisałeś o słoniach, Tomek się zagotował, a czytelnicy, którzy pewnie w większości byli zupełnie nieświadomi problemu mogli zauważyć, że nie wszystko jest takie różowe, jak mogoby się wydawać i jak opisują w LP.Nie ważne, czy są za czy przeciw, wielu osobom zwróciłeś uwagę (troche przez przypadek, ale jednak) na problem i za to wielkie dzięki.hehe, pisz więcej kontrowersyjnych tekstów ;)

Odpowiedz

    Pawel Stezycki 25 grudnia 2010 o 6:44

    Dobre pytanie Andrzej… jak to sie mowi kiedy trudno dac odpowiedz.
    Na pewno celem tekstu nie jest promowanie jakies tam atrakcji turystycznej. Jest to opis ‚przygod’ ktore nam sie podobaly. Musialbym siebie i innych oszukiwac zeby powiedziec ze mi sie nie podobalo – co zrobic. Moze to przez te cholerne ksiazki krote czytalem jak bylem szczeniakiem – tam nie dosc ze na sloniach jezdzili to jeszcze do tygrysow strzelali. Pochwalasz czy nie, trudno watpic ze to ‚przygoda’.

    Pewnie gdybym podzielal poglad Tomka, ze to skrajne okrucienstwo to bym sobie odpuscil, ale raz ze troche inaczej patrze na swiat, dwa ze chyba kazdy konkretny przypadek wypada oddzielnie analizowac. Mysle ze moze byc jak z ogrdami zoologicznymi – sa obozy dla zwierzat i sa w mieare sensownie zorganizowane instytucje. Moze Tomek widzial oboz. Ta firma z ktora jechalismy wygladala na to drugie. Uwzgledniajac caly obraz sytuacji (biede w kraju, nadwyzke starych sloni, zalozenia tej naszej agencji turystycznej, ilosc przemocy potrzebna do kontrolowania juz wytrenowanych zwierzat, los niepotrzebnych sloni, jak to wyglada na miejscu itd) nadal uwazam ze bilans jest pozytywny, choc na pewno nie jest to wymarzony los sloni.
    Proponowalbym pewnie zeby osoby ktore sie na taka atrakcje jednak zdecyduja sprawdzily agencje turystyczna i tu sugerowalbym jednak te drozsze i moze nawet wyjatkowo polecane przez LP bo maja wiecej do stracena. Nie mam zludzen na czym te tansze oszczedzaja, na pewno sami zaciskaja pasa tak jak bankierzy w kryzysie. Twierdzenie ze to drogie to zle, a tanie to dobre co tam gdzies padlo w dyskusji jest mocno naiwne.

    Odpowiedz

Michał Staniszewski 8 lutego 2013 o 16:16

Wspaniała część świata. Kosztowanie tamtejszych specjałów, doprawdy musi być czymś w rodzaju kulinarnego huraganu dla podniebienia (choć czasem zależy co kto lubi). Na wiosnę, wybieram się w tą część świata, tak więc na pewno spróbuję. Nie odnosząc się do sprawy „słoniowej”, chciałbym życzyć wszystkim sukcesów w podobnie planowanych podróżach. Pozdrawiam.

Odpowiedz