Każda kultura ma swój własny rytm przenikający życie miejscowych, który poczuć chcą podróżni. Coraz bardziej popularna wśród Polaków Hiszpania kojarzona jest zwykle z leniwą sjestą, żywiołowym i jednocześnie melancholijnym flamenco, z kontrowersyjną corridą oraz słoneczną pogodą. Czasem trzeba jednak pójść do baru.

Turyści odwiedzają Półwysep Iberyjski, by chłonąć atmosferę wszechobecnego uśmiechu, z nutką wybuchowego temperamentu. Pytanie: gdzie szukać hiszpańskiej duszy, gdy pada (a pada częściej niż można by się spodziewać), gdy nie ma corridy (która jest sportem sezonowym), gdy wieczorami nikt nie tańczy flamenco (czyli gdy nie jesteśmy w Andaluzji)?

Gdy nie wiadomo co robić, dobrze jest udać się do lokalnego baru. Polecam uczynić to i w tym przypadku. Jednak nie każdy lokal pozwoli zasmakować hiszpańskiego stylu. Modne lokale w Barcelonie czy na promenadach przy Costa Brava niczym nie różnią się od modnych lokali gdziekolwiek indziej na świecie. Jednakże stosując się do kilku prostych wskazówek, z łatwością odnaleźć można prawdziwie lokalny i tradycyjnie hiszpański przybytek.

Na początek trzeba odejść jak najdalej od głównych ulic, od reprezentacyjnych alejek, gwarnych deptaków itp. Do poszukiwań doskonałe są wszelkie dzielnice mieszkalne. W końcu lokalne lokale zwykle są dla lokalsów. A później już tylko z górki. Jesteś we właściwym miejscu jeśli:

  • Nie jesteś pewien, kto jest właścicielem, a kto jedynie stałym bywalcem lokalu tak długo, dopóki ten pierwszy nie spyta co podać. Zdarza się, że obydwaj chodzą w kapciach, spranej koszuli i sprzedają sobie nawzajem kuksańce. Jest to zupełnie normalne i naturalne. Tak samo jak obecność dzieci właściciela w kuchni czy na barze, tudzież dzieci jego brata albo dzieci jego sąsiada.
  • Przed południem w lokalu siedzą panowie przy kawie, zasięgający najnowszych wiadomości z lektury prasy oraz od sąsiadów. To lokalne miejscowe centrum informacyjno-komentatorskie.
  • Popołudniu jest sjesta. Czyli lokal jest nieczynny. Albo przynajmniej pusty. W zasadzie wychodzi na to samo, bo zwykle jest pusty tak zupełnie, że jest nieczynny.
  • Wieczorem ogląda się w nim mecz – oczywiście jeśli jest telewizor. Przekrój wieku i płci kibiców odzwierciedla pełną strukturę społeczeństwa, nie obejmuje tylko niemowlaków. Śledzeniu rozgrywek towarzyszy głośne ich komentowanie, najlepiej krzykiem. Rękoczynów nie zanotowano.
  • Kelner nie wyrasta tuż koło Ciebie zaraz po zajęciu miejsca. W zasadzie można czasami ulec wrażeniu, że nikt specjalnie nie przejmuje się Twoim przybyciem. Na szczęście tylko przez pierwsze półtora kwadransa.
  • Czarnej herbaty albo nie ma, albo trzeba powtórzyć dwa razy zamówienie, ponieważ kelner jest pewien, że źle usłyszał. Jak powszechnie wiadomo (na Półwyspie Iberyjskim przynajmniej), czarną herbatę, z cytryną w szczególności, pije się podczas choroby. A chorzy siedzą w domu, a nie w barze, prawda?
  • patatas bravas. To tradycyjna i występujące w całym kraju potrawa, którą stanowią – fachowo tłumacząc – ziemniaki pocięte w nieregularne kawałki o wymiarach ok. dwóch centymetrów, odrobinę podgotowane i usmażone w oleju. Podaje się je na ciepło z ostrym sosem pomidorowym. Jeśli nie ma patatas bravas,to znaczy, że coś jest nie tak. Np. dostawca ziemniaków miał wypadek. Albo plaga stonki szaleje na polach od roku. Albo to wcale nie jest hiszpański lokal, tylko przykrywka dla rosyjskiej mafii. Lepiej uciekać.
  • Bar nie posiada specjalnego wystroju, poza lokalnym urokiem. Dodatkowo, trudno określić czy działa od roku, czy od dekady.
  • Można odnieść wrażenie, że połowa gości lokalu siedzi w nim od jego otwarcia do zamknięcia. A druga połowa przynajmniej od kilku godzin. I zazwyczaj nie jest to mylne wrażenie.
  • Właściciel/kelner prowadzi rozmowę chętniej, niż wręcza rachunek. Po spytaniu skąd jesteś, co tu robisz i czy Ci się podoba, jako naturalna kontynuacja pada szereg pytań sytuacyjnych i pojawiają się żarty. W ciągu pierwszej, a najdalej drugiej wizyty dowiadujesz się co myśli o lokalnych władzach i któremu klubowi piłkarskiemu kibicuje. Jeśli to nie następuje, to pewnie nikt nie rozpoznał, że jesteś obcokrajowcem, a to znaczy, że poza hiszpańskim akcentem nabyłeś hiszpańskiej mimiki, gestów i poczucia czasu. Tranquilo, tranquilo, mañana, mañana…

A nieco bardziej poważnie – lokale takie lokalne, coś między barem a kawiarnią, to najlepsze miejsce by usłyszeć najnowsze krajowe wieści, poznać ludzi z sąsiedztwa i nauczyć się hiszpańskiego rytmu życia. Bez nich Półwysep Iberyjski byłby niczym Mongolia bez jurt, albo Stany bez McDonalds’ów. Usiąść i obserwować, rozmawiać i gestykulować, przejrzeć gazetę, popijać, podjadać. Zabytki nie uciekną, muzea się nie zawalą, a mała caña w ciągu to nie grzech… Za to dużo może nauczyć o hiszpańskości Hiszpanii!

Jagoda Pietrzak

Jagoda Pietrzak

Lubi ciekawe historie i zmieniający się krajobraz. Od pewnego czasu próbuje wrócić z Bliskiego Wschodu. Robi mapy i Peron4.

Komentarze: 5

Wojtek 24 kwietnia 2013 o 23:09

Czy osoba w brązowej kurtce na drugim zdjęciu to autorka tekstu?

Odpowiedz

Krzysiek 5 czerwca 2013 o 19:07

Pamiętajmy jeszcze o tym, że czym większy bałagan na podłodze tym lepsze miejsce spotkań. ;-)

Odpowiedz

Jagoda Pietrzak 29 lipca 2013 o 14:14

Wieczorem! Bo rano jest wysprzątane :D

Odpowiedz

Europcar Kraków 31 grudnia 2013 o 0:19

Witaj Jagoda
od pewnego czasu fascynuje mnie Hiszpania, bylem wielokrotnie, ale teraz chce się tam po prostu przenieść. Czytam wszystkie posty na temat kraju, każdy jest inny.
Ciekawi mnie, jak oceniasz kryzys w Hiszpanii? jak wpłynął na ludzi?

Pozdrowienia, Tomek

Odpowiedz

Jola 20 lipca 2016 o 12:42

…jest dokładnie tak, jak napisałaś….czyli po Hiszpańsku. Pozdrawiam ciepło.

Odpowiedz