Latem Mateusz zaskoczył nas mailem, że znów wyjeżdża… Bez rozgłosu, nieco w tajemnicy zmierzył się z legendarnym australijskim szlakiem Canning Stock Route po raz drugi. Trzymaliśmy kciuki, a teraz z radością informujemy, że wyprawa zakończyła się sukcesem!

Ekipa Na Krańcach Świata

Mateusz i Agnieszka Waligóra. (Fot. Mateusz Waligóra)

Rowerowego bakcyla na poważnie złapali w 2009 roku podczas wyjazdu na Kubę. Kiedy wirtualnie poznaliśmy się trzy lata temu nieśmiało opowiadali, że wyruszją na dwóch kółkach przez Patagonię i nie wiedzą kiedy wrócą. Wyruszyli, po dwóch miesiącach pedałowania dorzucili jeszcze trawers Andów i wyszło dziewiętnaście miesięcy podróży, z których zdawali relację na Peronie. Rok temu Agnieszka i Mateusz Waligóra znów zmienili kontynent i podnieśli poprzeczkę kilka szczebelków wyżej: polecieli do Australii zmierzyć się z Canning Stock Route.

Mimo nieukończenia trasy, wyprawy nie zaliczyli do nieudanej – o pokorze jaką daje droga i czemu ją cenimy, a nie o cel, rozmawiało się z nimi jak mało z kim. Na Włóczykiju udało nam się w końcu uścisnąć ręce i pogratulować syna. A latem Mateusz zaskoczył nas mailem, że znów wyjeżdża… bez rozgłosu, nieco w tajemnicy zmierzył się z australijskim szlakiem CSR po raz drugi. Trzymaliśmy kciuki, a teraz z radością informujemy, że wyprawa zakończyła się sukcesem!

O tym jak wyglądało podejście drugie rozmawiamy z Mateuszem Waligórą.

– Prowadził Cię los?

– Zaczynasz od trudnych pytań. Prowadziły mnie GPSy. Miałem dwa: Garmina, który wskazywał mi studnie i pokazywał gdzie jestem, i Ewangelię świętego Łukasza (w małej lekkiej wersji) odpowiedzialną za prowadzenie mnie przez najtrudniejsze momenty i miejsca. Oba działały świetnie, ale tego drugiego nie trzeba ładować i nie wiesza się nigdy.

– Gdy już miałeś kierunek, co dawało siły?

– Agnieszka z Frankiem (żona i dziecko). Myśl o nich. Smsy na telefon satelitarny od nich. Gdy wiedziałem, że z Frankiem jest coś nie tak (miał niecałe dwa miesiące, gdy ruszałem na Canning Stock Route) moja psychika zaczynała szwankować. Każda wydma wydawała się wyższa i bardziej stroma. W ciągu ostatnich dwóch dni przejechałem ponad dwieście dwadzieścia kilometrów, tylko dlatego, że Aga wysłała mi na mail zdjęcia z synem. To olbrzymia ilość w tych warunkach. Niestety w Wilunie nie działał internet.

Australijski Outback

Ta wyprawa była przesycona skrajnymi i niezwykle intensywnymi emocjami. Pięknymi. (Fot. Mateusz Waligóra)

– Wyjechałeś momencie, gdy Aga musiała zostać z Frankiem w domu. Dlaczego zdecydowałeś się zrobić to akurat wtedy?

– Już w ubiegłym roku, przy tej samej studni przy, której zatrzymał nas deszcz pomyśleliśmy o powrocie na Canning Stock Route. Mój rower został w Australii. Ale będąc w Polsce założyliśmy rodzinę – taki mieliśmy plan ruszając w naszą dwuletnią podróż. Decyzja o wyjeździe do Australii, jak się pewnie domyślasz, nie była łatwa. Podjąłem ją trochę egoistycznie – kupiłem bilet i rozpocząłem przygotowania. Myślałem o tym wówczas następująco: przecież Franek nawet nie zauważy mojej nieobecności. Nie będzie tego nigdy pamiętał. I tak pewnie będzie.

Ale to ja decydując się na wyjazd traciłem te nasze wspólne chwile, niepowtarzalne. Gdy wyruszałem na szlak Franek był głównie płaczącym tobołkiem. W ciągu tych kilkudziesięciu dni mojej nieobecności wiele się zmieniło: zaczął się uśmiechać, chętnie wchodzi w interakcje, jest bardzo pogodny i radosny. Pomyśl tylko – rodzi ci się pierwsze dziecko. Bierzesz je na dłonie – takie malutkie, bezbronne. Wszystkie decyzje stają się trudniejsze. A ja podejmowałem decyzję, gdy Franek był jeszcze w brzuchu mamy. Wszyscy zapłaciliśmy cenę za moją nieobecność.

– To cena za spełnienie marzeń? Za domykanie otwartej historii?

– Tak, to cena za spełnienie marzeń. A w zasadzie część składowa ceny, którą trzeba wybulić. Choć pewnie ta najbardziej wartościowa.

– Poznaliście się z Agą na kursie przewodników górskich. Razem wydaliście książkę, przejechaliście Kubę, Amerykę Południową i zmierzyliście się z CSR w Australii. Działaliście jako zespół. Twój samotny powrót musieliście przegadać czy to było milcząca zgoda na spełnienie Waszego wspólnego marzenia?

– Rozmawialiśmy o tym bardzo dużo. Ale to były trudne rozmowy, więc z biegiem czasu było ich coraz mniej. Tematem numer jeden były narodziny dziecka. Wbrew pozorom na przygotowania miałem niewiele czasu, choć Aga pozwalała mi naprawdę na wiele w tej kwestii.

Mateusz Waligóra, Finish w Wilunie, Australia

Wilunie. Stoję na rowerze i uśmiecham się od ucha do ucha… (Fot. Mateusz Waligóra)

– Rozmawiamy o tym, że spełnienie tego marzenia dużo Cię kosztowało. A kiedy przyszły pozytywne emocje?

– Tam, w buszu, człowiek pozbawiony jakichkolwiek cywilizacyjnych bodźców funkcjonuje trochę inaczej. Cieszy się z tego, że znalazł ocieniony krzak, pod którym może odpocząć. Bardzo cieszyła mnie woda, każdy jej łyk – nawet gdy była bardzo ciepła. W ciągu kilku godzin potrafiłem płakać ze smutku i ze szczęścia. Ta wyprawa była przesycona skrajnymi i niezwykle intensywnymi emocjami. Pięknymi.

– A radość, że się udało? Dopadła Cię w Wilunie czy dopiero w Polsce?

– Myślę, że dopiero mnie dopadnie. Mam takie zdjęcie przy tablicy ostrzegającej przed trudnościami CSR, jakieś trzydzieści kilometrów przed Wiluną. Stoję na rowerze i uśmiecham się od ucha do ucha. Ale to co poczułem docierając do tego miejsca, to głównie ulga. Że to już koniec. CSR jest ekstremalnie trudny dla rowerzysty. Obiecałem sobie, że każdemu kto pomyśli o ruszeniu tam rowerem będę próbował to wyperswadować. A ta tablica oznaczała koniec tych trudności. KONIEC. Nie będę musiał już wracać w busz.

Ale wiesz jak to jest. Mija czas. Człowiek tęskni. Myślę, że gdyby Kazik Nowak miał fatbikea pojechał by do Australii :)

– Tęsknisz do Franka w buszu i do buszu, gdy jesteś z Frankiem.

– Taki paradoks. Kiedyś pokażę Frankowi busz. Ruszymy na Walkabout.

– Co powiesz Frankowi o marzeniach?

– Mam nadzieję, że niewiele będę musiał mówić. Że Franek od początku będzie miał szansę na spełnianie swoich marzeń. Oby tylko nie przyprawił rodziców o niepotrzebne kołatanie serca, tak jak my swoich :) Marzenia napędzają, dodają smaku, a może nawet sensu życiu. Nie wyobrażam sobie życia pozbawionego marzeń. Poza tym marzenia nie zawsze muszą się spełnić, czasem wystarczy, że są. I tyle.

Biwak w australijskim outbacku

Poranek… (Fot. Mateusz Waligóra)

– Zapytałam czy prowadził Cię los nieprzypadkowo. Na blogu piszecie o spotkaniu z Chopinem oraz o tym, że książka o podróży jego i Kingi (o tytule Prowadził ich los – przyp. redakcja) była była dla Ciebie jednym z ziaren inspiracji do podróżowania. Jakie były inne?

– Największą inspiracją był dla mnie sam Świat. Inspirowały mnie książki Arkadego Fiedlera. Uwielbiałem oglądać dobre fotografie – po prostu siedzieć i gapić się godzinami na jedno zdjęcie. Ale książka Kingi i Chopina była przełomowa, pokazała mi, że to wszystko może się wydarzyć naprawdę. I to było fantastyczne. Dziś przeglądając tę książkę nie czuję już tych samych uczuć. Może dlatego, że w podróży szukam czegoś innego? A może dlatego, że wiem że niemal każde marzenie może się spełnić, a główną przeszkodą mogą być jedynie pieniądze?

– I w pokonywaniu tej przeszkody jesteś, a raczej jesteście, wyjątkowo uparci. O ile wiem wyjazdy finansujecie głównie z własnych funduszy…

– Na pierwszą próbę trawersu CSR udało nam się otrzymać grant eksploracyjny w ramach Polartec Challenge – pięć tysięcy dolarów, które pozwoliły nam na zakup dwóch specjalistycznych rowerów. Każdy może się zgłosić, niebawem startuje nowa edycja.

Jednym z najczęściej zadawanych nam pytań jest to dotyczące pieniędzy. Ludzie myślą, że mamy jakiegoś samograja, który wypluwa nam gotówkę na każde zawołanie. Tymczasem prawda jest okrutna. Pracuj ciężko i żyj skromnie. A wtedy wszystko musi się udać.

Najdroższą, z punktu widzenia wartości materialnej rzeczą jest mój rower – to dużo i mało zarazem. Ale z drugiej strony mam takie marzenie – dojechać nim na biegun. I co mam zrobić? Wziąć kredyt na mieszkanie na trzydzieści lat, czy jednak wziąć na piętnaście i polecieć na Antarktydę? To jest właśnie jedno z tych marzeń, które nigdy się nie spełni, ale dobrze, że jest.

Rowerem przez CSR, Australia

Na Canningu jest ponad 900 wydm sięgających nawet 30 metrów wysokości. (Fot. Mateusz Waligóra)

– Jakie jest Wasze podejście do pieniędzy na podróż i pieniędzy w podróży?

– Myślę, że wyprawa smakuje zdecydowanie lepiej gdy musimy na nią ciężko zapracować. Bardziej wszystko doceniamy – mamy z niej więcej satysfakcji. Myślę, że crowfunding to też forma sponsoringu. Tylko moim zdaniem zobowiązania wobec ludzi są większe niż wobec jakiejkolwiek korporacji. Dlatego dalej pracujemy na swoje marzenia.

A w podróży? Nigdy nie szczycimy się tym, że udało nam się znaleźć najtańszy hostel w mieście, choćby był najbardziej obrzydliwy. Nie dążymy do tego, żeby znaleźć najtańszą knajpę albo najlepiej zrobić wszystko „za darmo”. Kiedyś znalazłem na jednym z blogów prześmiewczy wpis o tym, że używamy ekstremalnie drogiego sprzętu, a ktoś inny zrobiłby to samo bez niego. Zapraszam zatem blogera – wejdź w moje buty!

Ludzie uwielbiają sobie zaglądać do kieszeni. A podróżować może każdy. I to w jaki sposób to robi jest jego sprawą. Nie uważam, że ktoś kto jest celebrytą i fotografuje się w bluzie pełnej naszywek jest w jakiś sposób gorszy. Nieprawdziwy. Nie,po prostu mu się udało, a wielu mu tego zazdrości. Tak myślę.

Fatbike na CSR

Rower czy nie rower? Fatbike w pełnej krasie. (Fot. Mateusz Waligóra)

– Od lat współpracujecie też z wieloma firmami outdoorowymi. Jak wyglądają te kontakty?

– W zdecydowanej większości są to przypadki pozytywne. Myślę, że podstawą są tutaj jasno określone oczekiwania. Czasem nawet wolimy podpisać umowę, bo wtedy wszystko jest jasne – nie ma miejsca na żadne niedopowiedzenia. Oczekuje się od nas głównie ciekawych fotografii – niekoniecznie z wyeksponowanym logo. Dla nas to też wielka frajda znaleźć swoje fotografie w katalogach i czasopismach na całym świecie. Ostatnio Łukasz Supergan napisał mi, że znalazł nasze zdjęcie w kultowym wspinaczkowym magazynie z USA – Alpinist wykorzystane przez producenta namiotów. Mamy w Polsce może trzech, czterech fotografów, którzy robią takie rzeczy. To duża satysfakcja.

Nigdy nie ukrywałem, że sprzęt na wyprawie odgrywa dla mnie dużą rolę. Na Canningu czy w trakcie wspinaczki w Andach awaria równa jest poważnym kłopotom. A śmigło nie przyleci wszędzie. Zawsze opisujemy sprzęt szczerze – nie lokujemy produktów, co już nieraz doprowadziło do rozwiązania współpracy z producentem. Obecnie w ekwipunek wyposaża nas The North Face, i bardzo zależy nam aby ta współpraca była długofalowa – po prostu zmartwienie dotyczące najlepszego i lekkiego sprzętu mielibyśmy z głowy.

Coraz częściej też pracujemy bezpośrednio z producentami z zagranicy z pominięciem polskich dystrybutorów. Na naszej stronie jest cała masa logotypów, ale brak choćby jednej reklamy. Zawsze konsekwentnie odmawiamy udziału w akcjach pijarowych od piwa po biura podróży.

Na CSR nierzadko można spotkać węże

Jak to mówią, w podróży nigdy nie jest się samotnym… (Fot. Mateusz Waligóra)

– Na stronie dziękujecie imiennie kilku osobom z różnych firm. Kibicowali Wam też osobiście?

– Tak, zdecydowanie. Gdy poprzednia próba trawersu CSR zakończyła się niepowodzeniem nikt nie miał do nas pretensji, przeciwnie – pocieszali nas co było wtedy bardzo ważne, bo z Australii wróciliśmy raczej w kiepskich nastrojach. Kilkoro z nich poznaliśmy osobiście na festiwalach, targach turystycznych.

– Na ile ważny podczas obydwu wypraw na CSR był sprzęt? Bez niego nie byłyby możliwe? Zdecydowałbyś się na podróż bez takiego wyposażenia jakie miałeś?

– Tak jak mówiłem: na Canning Stock Route awaria sprzętu oznacza poważne tarapaty. To jedno z najbardziej odizolowanych miejsc na świecie, droga prowadzi przez niemal dwa tysiące kilometrów i cztery pustynie. To tak jak byś wsiadła na rower w Warszawie i chciała dojechać za Rzym ze świadomością, że pośrodku drogi masz tylko niewielką aborygeńską osadę. To potrafi złamać nawet najbardziej odporną psychikę.

Byliśmy całkiem nieźle przygotowani w ubiegłym roku, niemniej za drugim razem wprowadziłem pewne zmiany. Rower dostał bardzo dobrą tylną piastę – świetnie uszczelnioną, co ma wielkie znaczenie w piasku. Poza tym przejechanie tej trasy na tradycyjnym rowerze jest niemożliwe – dowodem jest wiele nieudanych prób. Trzeba wykorzystać specjalnie skonstruowane maszyny tzw. fatbikes zaopatrzone w bardzo szerokie opony. Oczywiście taki rower radzi sobie z piachem, ale bez obciążenia. Gdy na ramie wisi ponad dwadzieścia kilogramów jedzenia i trzydzieści wody – zapada się i nie ma na to siły, trzeba pchać. A na Canningu jest ponad dziewięćset wydm sięgających nawet trzydziestu metrów wysokości. Pod około siedemdziesiąt procent z nich wpychałem rower siłą całego ciała. To był koszmar.

Mateusz i Agnieszka zdecydowali się sprzedać jeden z rowerów, który mierzył się z CSR. Może znasz kogoś kto poszukuje takiego sprzętu? Szczegóły tutaj: Fatbike Surly na sprzedaż!

Ponadto strategiczne znaczenie ma ilość ekwipunku i waga – miałem ze sobą absolutne minimum pozwalające mi przeżyć. Ale granica tej logistyki jest dosyć cienka – jeśli zabierzesz za mało jedzenia – nie ukończysz trasy, jeśli weźmiesz za dużo – nie dojedziesz, bo zapadniesz się w piach. Bez przyczepy Extrawheel, w której transportowałem wodę pokonanie CSR nie byłoby możliwe. Kupiłem najlepszy ekwipunek na jaki było mnie stać i to było rozsądne posunięcie. Niemniej nie obyło się bez awarii, ale szczęśliwie z prawie wszystkich udało mi się wyjść obronną ręką. Ekwipunek i różne patenty opisałem na naszej stronie internetowej.

Mateusz Waligóra na CSR

Mateusz Waligóra (Fot. Archiwum Na Krańcach Świata)

Powtarzasz, że CSR to nie droga dla rowerów. Dlaczego chciałeś przejechać ją rowerem, a nie autem?

– Bo ja lubię się zmęczyć czasem. Wróciłem silniejszy niż wyjechałem. Mądrzejszy i jednocześnie z jeszcze większa pokorą. Nie wiem. Nie ma jednej odpowiedzi. Autem nie, bo głośno i… nie mam prawka :)

– Masz jakieś informacje o tym, ilu rowerzystów próbowało do tej pory przejechać CSR?

– Nie mam ilu próbowało, nikt nie wie dokładnie. W tym roku ośmiu lub dziewięciu.

– A ilu z nich się udało?

– Dwóm.

– Więc będzie czym pochwalić się Frankowi! Nie czujesz satysfakcji?

– Czuję, bo wiem, że to duży wyczyn.

– Jakie jest najbliższe sercu marzenie na teraz?

– Podążać drogą, którą wybrałem. Zebrać się w sobie i napisać książkę. Być szczęśliwy na drodze, którą wybrałem.

Zainteresowanym sprzętem polecamy wpis Mateusza na blogu: CSR – Ekwipunek

Mateusz i Agnieszka Waligóra

Mateusza i Agnieszkę na krańce świata ciągnie nie tylko rower, ale i góry… (Fot. Archiwum Na Krańcach Świata)

Jagoda Pietrzak

Jagoda Pietrzak

Lubi ciekawe historie i zmieniający się krajobraz. Od pewnego czasu próbuje wrócić z Bliskiego Wschodu. Robi mapy i Peron4.

Komentarze: 12

Wojciech 29 października 2014 o 3:17

Dzień dobry panie Mateuszu! To ja, ten zły bloger fizyk w podróży! Od ponad roku jeżdżę po Ameryce rowerem ze szrotu za 300zł i jest bardzo fajnie, serio :D. Ja myślę, to jest inna karma. Pan lubi jak panu sponsor da pieniążka i można iść wtedy do hotelu, a ja lubie, jak ktoś ze mną na ulicy pogra na ukulele. I wszystko w porządku, róbmy swoje, nie ma co się dąsać. Mój wpis na blogu nie był prześmiewszy, tylko pokazywał te dwa światopoglądy. I że to raczej ten światopogląd „bogaty” często nie rozumie tego „biednego”, jeśli chce pan tak to nazwać.

Odpowiedz

Jagoda Pietrzak 29 października 2014 o 6:56

@Wojtek, a może byś jednak przeczytał tę rozmowę zanim się wypowiesz? ; )
To może poczujesz się bardziej zrozumiany przez Mateusza, a nawet i wzbogacisz swój punkt widzenia o kilka detali.

Odpowiedz

rangzen 29 października 2014 o 11:33

Jak dla mnie jest to jeden z lepszych wywiadów na peronie!!!

Myślę, że nie tylko z powodu tematu który porusza, bo chociaż Mateusza nie znam osobiście, to losy śledzę już od jakiegoś czasu. A fiasko podczas pierwszej próby CSR jak żadne inne w podróżniczym świecie, w tamtym czasie nie wywołało we mnie delikatnego poczucia żalu, że przez taki drobiazg, na który nie mamy wpływu, trzeba po prostu odpuścić…

Tegoroczny sukces potwierdził jednak, że pomimo przeciwności losu warto gonić marzenia.

Odpowiedz

Wojciech 29 października 2014 o 13:57

@Jagogda Właśnie przeczytałem, ale nie zmieniam jakoś skrajnie zdania. Kulega Mateusz dużo gada o pokorze, ale jakoś jej nie widać. Nie wiem… Żeby było jasne: ja nie deprecjonuje jego osiągnięć, po prostu mam inny styl podróży. I mam wrażenie, że to on ma bardziej problemy z zaakceptowaniem mojego, niż ja – jego.

Odnosząc się do wpisu na moim blogu wypowiada „Zapraszam zatem blogera – wejdź w moje buty!”. Niczem męczennik. O, blogerze, ty co się opieprzasz zamiast jeździć na rowerze, wejdź w buty Mateusza Waligóry, co pedałuje przez równiny i góry! No zupełnie jakby był jedynym rowerzystą na świecie. Zupełnie, jakby jeżdżenie na tym rowerze było jakims rodzajem szczególnej męki, która przypadła tylko jemu, jedynemu rowerzyście na świecie, który musi dźwigać ten ciężar z odpowiedzialnością i podniesioną głową.

Nie wiem. Mi się wydaje, że jeżdżenie na rowerze się robi dla przyjemności, można je robić na wiele różnych sposobów i nie ma co się dąsać.

„wejdź w moje buty!” i jeszcze ten wykrzyknik, no proszę cię, stary, wyluzuj.

Odpowiedz

majchers 29 października 2014 o 15:37

Gratuluję raz jeszcze. To wielka sprawa. Zrobiłem w Australii blisko 6000 km i, choc nie dotknąłem tamtego kąta, to wiem czym on smakuje. Tym bardziej gratuluję. Dobry wywiad.

@Wojciech – rozumiem Twój punkt widzenia, ale z Twoich słów czuć jakąś pretensję, może nawet zarzut; przebija jakiś żal. Zupełnie niepotrzebnie. Mateusza i Twój (cel) to dwa zupełnie inne światy (cele). Oba są integralną częścią wszech-świata. Na Twoim bajku ze szrotu nie ujechałbyś dnia na Canning. Czemu więc robić jakieś paralele? Dużo dobrego życzę. Szczerze.

Odpowiedz

Wojciech 31 października 2014 o 16:00

Wiesz, ja tu nie mam żalu przedmowco drogi, a moj wpis, do ktorego odnosi sie Mateusz, pochodzi sprzed dwoch lat, czyli dobrze sprzed Canningu. I to raczej Mateuszowy komentarz do mojego wpisu ma w moich oczach ziarno urażonej dumy „prawdziwego rowerzysty”.

Mateusz pisze w nim m.in.: „Smieszne jest troche to co piszecie z pozycji osoby siedzacej przed komputerem. Musisce tez zauwazyc ze to co opisane jest jako kurtka najczesciej jest bluza, itd… (…) Przykre to…” podczas gdy „piszacy z pozycji osoby siedzacej przed komputerem” tez podrozuja, rowerowo i nie rowerowo, natomiast Mateusz stara sie przedstawic siebie jako jedynego w swiecie podroznika ktory jako jedyny zna ciezki chleb bycia w drodze.

Mnie po prostu zdziwilo, że bohater wywiadu, czlowiek o niebagatelnych wyczynach – typu przejechanie wlasnie Canningu – trzyma w sobie zal sprzed dwoch lat o to, ze krotkim wpisem przedstawilem jako absurd branie ze soba w podroz calej masy sprzetow, bez ktorych spokojnie mozna sie obyc. I z tego zdziwienia powstal komentarz do niniejszego wywiadu, ktory odnosi sie li tylko i wylacznie do calej sprawy z komentarzem Mateusza (patrz wypowiedz na gorze strony drugiej wywiadu). No a tak jak już zaznaczylem: najbardziej rozbawil mnie wykrzyknienie „wejdź w moje buty”, ktore brzmialo jakos tak meczensko-bohatersko-wyjatkowo, w sytuacji gdy tysiace rowerzystow na calym swiecie podrozuje, robi dlugie trasy, tak bez jak i ze specjalistycznym sprzetem. I wykrzykiwanie „wejdz w moje buty” wyglada w tej sytuacji co najmniej smiesznie.

Zresztą nie ważne, każdy swoją drogą.

Odpowiedz

Jagoda 1 listopada 2014 o 18:25

Hmm… rzeczywiście zaskakująca decyzja o wyjeździe w momencie narodzin syna. Chyba był to wyjazd na temat: dojrzewanie do ojcostwa;)

Odpowiedz

Bartos 2 listopada 2014 o 21:49

Najlepszy, i zarazem inspirując, wywiad jaki czytałem na tym portalu. A co do całej dyskusji, z własnego doświadczenia mogę powiedzieć, że zawsze można zrobić coś używając innego, trochę tańszego sprzętu. Koszulka z merynosa (sam używam), nie koniecznie musi być marki icebreaker, bo są inne równie dobre. Ale chyba nie o to chodzi, każdy bierze to na co może sobie pozwolić i tyle. Co nie zmienia faktu, że wypominanie czegoś takiego, i to w wywiadzie, po takim okresie jest trochę dziwne, jak i ocenianie kogoś kogo się zna.

Odpowiedz

Iwa 20 listopada 2014 o 10:57

Do ojcostwa nie dojrzewa się uciekając od niego choćby nie wiem jak szlachetną do tego dopisując ideologię.
Wojciech- rozumiem Twój punkt widzenia, niebywale zawsze mnie irytowali wszelkiej maści surwiwalowcy, samotnicy, podróżnicy, wyczynowcy jednym tchem ogłaszający, ze spełniają swoje marzenia i kreślący taki obraz własnych poświęceń, że nic tylko bić czołem. Jeśli robicie to, co lubicie, nie dorabiajcie do tego smutnych teorii- zawsze można zostać w domu. I masować małe rozwrzeszczane brzuszki w środku nocy. Na przykład dwumiesięczne.

Odpowiedz

NorSkr 20 listopada 2014 o 19:04

Gdyby się dało to bym polajkował komentarz Izy :D Podpisuję się pod nim wyczynowo, ekstremalnie, nadludzko i triumfalnie!

Odpowiedz

Mateusz Waligóra 20 listopada 2014 o 20:23

Norbert, a jaką teorię tutaj dorobiono?

Odpowiedz

NorSkr 30 listopada 2014 o 10:24

Ideologie, teorie, zwał jak zwał… w każdym człowieku siedzi taki sprytny potworek zwany próżnością, w jednym większy i głośniejszy, w innym nieco mniejszy i milczący. Gdy czegoś bardzo pragniemy i nam to nie wychodzi tak jak to sobie wyobraziliśmy czy zaplanowaliśmy (mimo najdoskonalszego w naszym mniemaniu przygotowania), to sami musimy siebie winić jeśli nie potrafimy sobie radzić z wyolbrzymionymi ambicjami i oczekiwaniami… bo wówczas robi się smutno i potworek zaczyna podszeptywać przeróżne wytłumaczenia upokarzającej rzeczywistości.
Czasem mam wrażenie, że niektórzy nigdy nie nabędą umiejętności mieszczenia pokory obok próżności. Pokora versus próżność… walka trwa!

Odpowiedz