Nie ma się co czarować: w CouchSurfingu chodzi o tanie spanie. To powód powstania i siła napędowa organizacji, a także niezmiennie główna motywacja do rozpoczęcia surfowania. Jednakże radosna idea dawno przestała być jedynie lepszą formą noclegu. Przyjrzyjmy się, jak to się robi w Krakowie.

Ostatnio pisałam o kanapowej adopcji na święta Bożego Narodzenia. W Polsce idea mało znana, ale nie z powodu braku gościnności w naszym kraju. W grodzie Kraka (i nie tylko tu) surferzy pokazali, że tej nie brak – urządzili własną Wigilię.

Czy była potrzebna? Słuchając opowieści Kingi Jabłońskiej, organizatorki wydarzenia, wydaje mi się, że tak. Idea powstała dość późno i spontanicznie. Kinga zamieściła post na couchsurfingowym forum, a kilka osób wyraziło aprobatę, a jedna z nich zaoferowała lokum. Dołączyły kolejne. Finalnie, Wigilię spędzało razem siedemnastu surferów, w tym dwie Polki. Każdy trafił tu z innego powodu. Kilka osób to obcokrajowcy, którzy pracowali do ostatniej chwili i nie mieli szansy zdążyć na rodzinne święta. Niektórzy nie mieli po prostu do kogo wracać. A pewien Portugalczyk podróżuje stopem przez Europę i akurat tu zastały go święta. Jego host zostawił klucze do mieszkania, a sam pojechał do rodziny. Miło, ale samemu w Wigilię? Lepiej być razem.

O takie bycie razem głównie chodziło. Oprawa spontanicznej Wigilii i potrawy przygotowaneprzez couchsurferów z polską tradycją nie miały za wiele wspólnego. Barszcz i kapusta z grochem stanęły obok tortilli i innych przysmaków (niekoniecznie świątecznych) z różnych zakątków świata. Kolacja najwyraźniej była przyprawiona bliskością, bo jej całonocne przedłużenie miało miejsce na mieście w pubie. Wigilia inaczej? Ważne, że toastom wznoszonym winem, towarzyszył śmiech i rodzinna atmosfera.

Święta Świętami, ale imprezy surferów odbywają się dość często. Ktoś rzuca pomysł, chętni się zgłaszają, każdy coś przygotuje i jest zabawa. Tak było i w Sylwestra. Po udanej Wigilii Kinga nie zastanawiała się zbyt długo i wraz z trójką przyjaciół zajęła się organizacją. Z tym, że zainteresowanie przerosło oczekiwania i możliwości przestrzenne ponad dwukrotnie. Wiadomości z adresem imprezy dostało 120 losowo wybranych osób, przyszło jakieś półtora setki, kolejnych sto pięćdziesiąt musiało poradzić sobie inaczej i czekać na noworoczne poprawiny.

Na siedemdziesięciu metrach kwadratowych mieszkania, korytarzu kamienicy i ulicy przed nią, pełniącej rolę palarni, trwała nieprzerwana zabawa. Organizatorzy zadbali o przekąski (zrzuta-wstęp „po piątce” wystarczył), alkohol każdy przyniósł, a dobry klimat w multikulturowym towarzystwie zrobił się sam. Przewinęło się z pewnością jeszcze więcej osób niż zostało zaproszonych. Kinga ocenia, że Polacy stanowili coś blisko połowy, ale trudno powiedzieć – w końcu na salonach panował angielski, i nawet najbardziej znane polskie słowo niewiele pomagało, by wiedzieć kto jest stąd. Brzmi jak jednonocny klub dla surferów? A było jeszcze lepiej! Najlepiej świadczy o tym frekwencja na poprawinach dzień później, które również trwały całą długą noc.

W tytule o surfowaniu, a ja tu piszę o samych imprezach. Więc w Krakowie, jak i w wielu miastach na świecie, surfują nie tylko po kanapach, ale także i po, hmm… knajpach? Co tydzień w tym samym miejscu i o stałej porze odbywają się spotkania. Nie trzeba się zgłaszać, nie trzeba nic – tylko przyjść. Tutaj także spotkacie Kingę. Sama nie ma możliwości nikogo nocować, ale w maju ubiegłego roku postanowiła reaktywować, niegdyś żywą, ideę regularnych spotkań, i od tej pory opuściła tylko dwa. Co środę o 20tej w Jazz Faust Cafe.

Kto przychodzi? Tacy jak Kinga – surferzy chwilowo bez kanap. Albo jak Łukasz, który choć nocuje kogoś prawie non stop, za względu na tryb pracy nie ma za wiele wolnego czasu i trudno mu się umówić na imprezę wcześniej. A na coucsurfingowym spotkaniu zawsze znajdzie starych znajomych i poznacie nowych. Wpadają też obcokrajowcy mieszkający w Krakowie przez chwilę oraz przejezdni surferzy, czasem tacy, co goszczą w mieście kilka godzin. I tacy, którym po prostu couchsurfingu mało we wszelkiej postaci.

Niektórzy dopiero dzięki ludziom spotkanym tutaj zaczęli podróżować. Poznali się na klubowo-kanapowym meetingu, kontakt został, a potem przyszedł czas na wzajemne odwiedziny. Albo po prostu poznali swojego przyszłego hosta – osobę z miejsca, które planowali odwiedzić. W końcu lepiej spać u kogoś już choć trochę znajomego, łatwiej przełamać nieufność. Każdy czerpie korzyści na swój sposób. Łukasz znajomych z Węgier, poznanych na takim spotkaniu, odwiedza co roku o tej samej porze. A do auta zabiera wszystkich surferów chętnych na wycieczkę do Budapesztu.

Czasem zamiast knajpy jest wypad na jakieś ciekawe wydarzenie. Czasem na spotkaniu ludzie umawiają się na wspólne zwiedzanie, a nawet na podróż. Zresztą, spotkania są nie tylko co tygodniowe. Równolegle odbywają się akcje food&drink, których ideą jest wspólne gotowanie w domu u jednego z surferów. Niedawno zyskały nawet sympatyczną nazwę – CookSurfing. Poznaj ludzi, odkryj smaki – dla mnie brzmi wspaniale. Prawdopodobnie dlatego, że moje najlepsze wspomnienia z surfowania związane są właśnie z kuchnią, nie z kanapą ;) Z kolei pasjonaci kina regularne spotkania filmowe odbywają pod szyldem nieformalnego Cracow Movie Club, działającego, rzecz jasna, także na przestrzeni krakowskiego couchsurfingu.

Szukasz kompanów do podróży albo chcesz poznać hosta przed wyjazdem? Wpadnij na Wensdey Weekly Meeting. Masz ochotę na kawę na Kazimierzu w niedzielne popołudnie? Napisz na forum, o dziwo, zazwyczaj znajdzie się partner do wyjścia, a często i niebanalnej rozmowy. Czemu nie? W końcu surfować można nie tylko po kanapach.

Jagoda Pietrzak

Jagoda Pietrzak

Lubi ciekawe historie i zmieniający się krajobraz. Od pewnego czasu próbuje wrócić z Bliskiego Wschodu. Robi mapy i Peron4.

Komentarze: 3

Andrzej 18 stycznia 2011 o 4:44

Świetny pomysł i cieszę się, że krakowskie spotkania zostały reaktywowane! Faust ma ku temu swój klimat :))
Cóż, my wczoraj będąc na podobny cotygodniowym spotkaniu w Adelajdzie też świetnie się bawiliśmy. Co więcej, gdy jedna ze stałych bywalców usłyszała, że my w aucie zamierzamy spać gdzieś na plaży, bez namysłu zaproponowała swój couch! Ciężko było odmówić :)

Odpowiedz

Adrian 5 stycznia 2012 o 11:33

O ile kojarzę pierwsze zdjęcie nie jest autorstwa Kingi tylko Arona :-)
Bardzo fajnie, że opisujecie CS.

Odpowiedz

    Jagoda 5 stycznia 2012 o 16:57

    A nie wiem, od niej zdjęcie mam i informacje o autorze ;) Jak się autor znajdzie i zechce, poprawimy. O CSie postaramy się pisać więcej, ale również mile widziane są artykuły od samych couchsurferów !

    Odpowiedz