W podróży zawsze najciekawsi byli dla mnie ludzie – ich historie i to, jak żyją. Długo szukałam formy podróżowania, która najbardziej by mi odpowiadała. W Polsce zajmuję się arteterapią. Postanowiłam więc, że będę wykorzystywać swoje umiejętności również w drodze.

Jeśli tylko były ku temu warunki, wyjmowałam z plecaka płachtę pedagogiczną, kredki i zabawki, a natychmiast zlatywały się miejscowe dzieciaki. Tańczyły, bawiły się i rysowały. Potem przychodzili dorośli, zaintrygowani niecodziennym zbiegowiskiem. Zaczynali rozmawiać. Czasami zapraszali mnie na obiad lub oferowali nocleg. A ja zostawałam w wiosce czy miasteczku na kolejny dzień, czasem nawet na kilka tygodni. Albo ruszałam, w dalszą drogę.

Tak to się zaczęło. Z biegiem czasu spotkałam innych ludzi, którym odpowiadał taki sposób podróżowania. Utworzyliśmy grupę, którą nazwaliśmy Czujczuj, nawiązując nie do harcerstwa, a emocji. Podczas warsztatów skupiamy się bowiem przede wszystkim na uczuciach – na tym, jak je rozpoznawać u siebie i innych, jak radzić sobie z tymi, które sprawiają kłopot. Z czasem zajęcia rozwinęliśmy o inne formy: happeningi, teatrzyk cieni czy kino objazdowe. Stałym elementem stał się również recykling, który rozwija wyobraźnię, kreatywność i pokazuje, że można wiele zdziałać bez wielkich środków.

Wyjazdy stały się bardziej zorganizowane ale dalej nie mamy fundacji. Zależy nam by pracować na relacjach, bazować na wymianie. To szczególnie ważne przy grupach, z różnego powodu wykluczonych, takich jak np. Romowie. Tam praca opiera się na długotrwałej relacji. Często wymyka się danym, które musielibyśmy zamknąć w projekcie. Dlatego mamy miejsca, do których wracamy, np. mołdawskie Soroki. Tamtejsze dzieci już nas znają i cieszą się z naszych wizyt. A my patrzymy, jak one rosną.

Czasem otrzymujemy jednak zaproszenia z krajów tak odległych, że wiemy, że nie wrócimy tam prędko…

I tak w styczniu 2015 wylądowaliśmy w MeksykuJuż na samym początku, niemal na lotnisku w Mexico City okazało się, że musimy sami zorganizować sobie pobyt. Szkoła, która nas zaprosiła, zmieniła zdanie i nie mogła nas ugościć. Zostaliśmy sami z biletem powrotnym za trzy miesiące i bardzo skromnym budżetem. Na szczęście nie po raz pierwszy znalazłam się w podobnych tarapatach. Czym prędzej uruchomiliśmy nasze kontakty, napisaliśmy o naszych warsztatach na forum Polacy w Meksyku. Dzięki pomocy przyjaciół i zupełnie nam nieznanych osób, udało nam się zrealizować pierwotny pomysł, i to z nawiązką. A przy okazji odwiedzić kilka nietuzinkowych miejsc i nawiązać mnóstwo znajomości.

Po pobycie w stolicy kraju zagraliśmy w polskiej ambasadzie i w… domu starców!

A to było tak – wracałyśmy z bazaru i coś nas zaintrygowało przy niskim budyneczku z podjazdem. Może kartka informująca, że „Toaleta nie jest publiczna”? Albo plakat zachęcający do udziału w balu z okazji Walentynek (tylko dla samotnych)? Stałyśmy i dywagowały co też może się mieścić w budynku, gdy nagle ze środka wyszedł miły staruszek. Przesłał nam szarmancki uśmiech i zaczął gorąco zachęcać abyśmy weszli.

– To pewnie Dom Starców. Nie, chyba jednak nie wejdziemy – odpowiedzieliśmy nie wiem czemu. A w sumie to czemu nie? – dopadło nas kilka kroków dalej. Może by wystawić dla nich nasz teatrzyk? Dziś jest Dzień Babci, może to znak?

Koniec końców następnego dnia wylądowałyśmy przed obliczem dyrektorki, która z radością przystała na naszą propozycję. Zasłoniliśmy okna głównej sali kartonami znalezionymi na jakimś śmietniku i śpiworami przyniesionym w plecaku, po czym wystawiliśmy nasz teatrzyk. Było fajnie – panie (i jeden pan) dopowiadały kiedy trzeba (Czy Sawa może zaufać Warsowi mimo dzielących ich różnic?, Oczywiście), tupały, gdy tego wymagała akcja i cierpliwie poprawiały nasze błędy językowe. Oraz bardzo chichotały, kiedy pojawiał się Bazyliszek!

Następnym przystankiem była Xalapa. Tam na swoim ranczu gościł nas Sebastian. Brak prądu i bieżącej wody wynagradzał nam graniem na jaranie i przejażdżkami busem. Między rozbijaniem karteli narkotykowych, medytacjami na łonie nieskażonej natury a jedzeniem tamales, znaleźliśmy przez ten tydzień odrobinę czasu by wystawić nasz teatrzyk i zrobić warsztaty w miejscowej szkole, teatrze lalkowym, ośrodku baptystów i hipisowskiej kawiarni.

Potem ruszyliśmy do Santo Tomas Chautla, gdzie zaprosiła nas Asia. Mieszkaliśmy w domu jej teścia, będącego jednocześnie prezydentem miasteczka, i w cieniu pobliskiego wulkanu Popocatepetl prowadziliśmy zajęcia w szkole. To był bardzo pracowity tydzień. Graliśmy po cztery przedstawienia dziennie. Dzieci wzruszały się losem Syrenki i piszczały ze strachu na widok Bazyliszka. Przy okazji wielokrotnie przekonaliśmy się z jak silnym rasizmem muszą sobie radzić Meksykanie. Biały to tutaj to samo co ładny. – Lubię waszego synka bo jest taki jasny – padło w zabawie, podczas której trzeba było rzucić włóczką do wybranej osoby i powiedzieć jej coś miłego.

Ciągle to wychodziło w zabawie. Słowo Indianie (dla nas brzmiące równie neutralnie jak Słowianie) jest tu czymś obraźliwym i nie wypada go używać. W reklamach, telenowelach, bajkach – same blondynki i wysocy blondyni. Wystawiana przez nas legenda o Warsie i Sawie (on był człowiekiem a ona syreną, ale mimo różnic się pokochali) była zawsze pretekstem do rozmowy o tolerancji. Większość dzieciaków zachowuje poprawność polityczną, ale praktycznie zawsze trafia się jakieś, które szczerze się dziwi, że kolor skóry nie jest przeszkodą w przyjaźni czy miłości.

Myśleliśmy, że po pracowitym tygodniu odpoczniemy sobie w weekend, ale przy śniadaniu prezydentowa rzuciła: – Dziś możecie pójść na ślub.

– Aaaaa, cudownie… – rozanieliłam się. A potem była całonocna uczta, tańce z żywymi indorami na plecach i gry weselne.

W połowie lutego opuściliśmy półpustynny środek kraju i udaliśmy się na południe, w stronę Pacyfiku. W Puerto Escondido mieliśmy namiar na Piotra, producenta filmowego, który wspiera tamtejszy sierociniec. Prowadzony przez protestancką rodzinę, profesjonalnie i z miłością, z wielkim domkiem na drzewie, obiadami przy wspólnym stole – jest jak wizytówka takich placówek. Państwo nie specjalnie przejmuje się tym miejscem, są też dyskryminowani ze względu na religię (Meksyk jest mocno katolicki) ale nie brakuje ludzi, którzy pomagają. I bardzo to widać po dzieciakach, które z zaangażowaniem i radością uczestniczyły w naszych warsztatach. I zrobiły piękne kartki z instrukcją obsługi jak poradzić sobie ze smutkiem dla swoich rówieśników z Marzycielskiej Poczty. To było pierwsze miejsce, gdzie mogliśmy przez dłuższy czas pracować z jedną i tą samą grupą dzieci.

Po opuszczeniu Puerto nie mieliśmy chwilowo w zanadrzu żadnej szkoły. Tuż obok, w nadmorskim Mazunte, rozpoczynał się jednak festiwal cyrkowy. Postanowiliśmy, że należy nam się trochę odpoczynku. Mazunte okazało się magicznym miejscem. Łatwiej tam o ludzi z nosem clowna, niż w dżinsach. Co jakiś czas przejeżdża ci przed nosem dzielna mama monocykliystka ze zrelaksowanym bobasem w chuście na plecach.

A wieczorem cyrkowy spektakl. Czasem zapierający dech. Czasem żenujący bo clowni durni (muszę dodać jakąś łyżkę dziegciu, bo biedni czytelnicy, jeśli dotarli do tej linijki i jeszcze nie padli zasłodzeni, dostaną cukrzycy przy ostatniej kropce). Czasem zaangażowany społecznie. Na przykład o GMO.

A poza tym muzyka. Mnóstwo muzyki. Żal było stamtąd wyjeżdżać.

Ale trzeba było bo po pełnym relaksu tygodniu czekały już na nas kolejne wyzwania. Do położonego na wyżynie San Cristobal de las Casas zaprosiła nas Monika, byśmy poprowadzili zajęcia w miejscowej szkole. W tym urokliwym, pełnym kolorowych kościołów miasteczku spędziliśmy dwa tygodnie. Poza warsztatami udało nam się kilka razy pokazać nasze legendy: w przedszkolu, szkole i dwóch klubach. Robiliśmy też zajęcia fotograficzne dla dzieci z pobliskiej wspólnoty indiańskiej. Dzieciaki miały jak zawsze – za pomocą zdjęć pokazać co lubią, a czego nie. Bardzo nas wzruszył pięcioletni Julio Cezar, który zrobił wielką dokumentację tego co lubi… I oświadczył, że jest jeszcze za mały by czegoś nie lubić.

Ponadto tu zetknęliśmy się po raz pierwszy z organizacją Rise Now, która budowała właśnie w wiosce pod San Cristobal plac zabaw z opon. Sami postawiliśmy już takie place na Śląsku, ale bardzo chcieliśmy rozwijać się w tym temacie. Teraz była okazja, aby przyjrzeć się z bliska procesowi powstawania takiego placu i się sporo nauczyć. Gdy przyjechaliśmy, budowa była już ukończona, ale wymieniliśmy się z liderem grupy kontaktami i pożegnaliśmy z postanowieniem, że następny plac zabaw budujemy wspólnie.

Tymczasem opuściliśmy Meksyk i skierowaliśmy się do Gwatemali, gdzie nawiązaliśmy kontakt ze szkołą i domem dziecka nieopodal Rio Dulce. Na miejsce dopłynęliśmy łodzią. W położonym na brzegu jeziora, z dala od cywilizacji sierocińcu, mieszkała jakaś setka dzieciaków. Skromne, drewniane domki bez elektryczności, skaczące po drzewach małpy i biegające wszędzie dzieci tworzyły scenerię jak z książki Władca much. Stwierdziliśmy jednak, że bliskość przyrody służy małym mieszkańcom osady. Byli grzeczni, weseli i zadbani. Nad organizacją zajęć czuwał zespół wolontariuszy z różnych stron świata. W tych skromnych warunkach zagraliśmy dziewięć przedstawień. Nasz półtoraroczny synek Roszek był zachwycony dzieciakami, a one nim. Pewnego dnia, po zabawie z nim, podeszło do nas kilka dziewczynek. Chwilę popatrzyły się na siebie niepewnie, jak gdyby coś przeskrobały.

– Powiedzcie, co się stało – zachęcałam je, w końcu wypaliły: – Roszek mówi w języku Majów. Nauczyłyśmy go.

Nawet najmilsze spotkania kiedyś się kończą i nam również pora była wracać do Meksyku. W znanym z prekolumbijskich ruin Palenque czekał już na nas Chad z Rise Now. Następnego dnia po przyjeździe już od rana zabraliśmy się do pracy. Chad zgromadził narzędzia, opony, farby i trochę desek. Z tych materiałów stworzyliśmy piramidę, huśtawkę, zwierzęta do bujania się, tor przeszkód, równoważnię, fotele, ławki i donice na kwiatki. Wymalowaliśmy je w bajkowe wzory. W pracy pomagali nam również okoliczni mieszkańcy – często byli to po prostu przechodnie lub siedzący na skwerku panowie, którzy widząc, co robimy, przyłączali się do kopania dołków i rozcinania opon. Zdarzało się, że niektórych po całym dniu pracy zabierała nagle policja bo okazaywało się, że ci społecznicy dzień wcześniej brali udział w bójce z nożem. Roch razem z okoliczną dzieciarnią, która codziennie po południu zjawiała się, by zobaczyć jak idą prace, testowali wytrzymałość nowych konstrukcji. Po pięciu dniach plac był gotowy.

Wyczerpująca fizycznie praca sprawiła, że ponownie nabraliśmy ochoty na trochę odpoczynku. Postanowiliśmy się rozdzielić. Natalka i Ania pojechały nad morze, do Bacalar i Tulum, zaś ja, Grześ i nasz synek udaliśmy się na Jukatan, na farmę prowadzoną w środku dżungli przez Amerykanina Shane’a. W zamian za kilka godzin lekkiej pracy dziennie (głównie przy podlewaniu bananowców, krzewów ananasa i papai) otrzymaliśmy ciszę, mnóstwo pysznego, wegetariańskiego jedzenia, które przyrządzaliśmy na ognisku, oraz towarzystwo innych wolontariuszy. Jeden z nich, Chilijczyk, był mistrzem chodzenia po drzewach i z łatwością wspinał się po nich, znosząc nam rosnące dziko owoce. Z kolei Estonka, Janika, budowała na farmie rodzaj kolistego placu ze ściśle dopasowanych do siebie kamieni. Każdy zajmował się tym, na co miał ochotę.

Więcej o tej przygodzie: Dżungla z berbeciem na ekofarmie. Co można robić w Meksyku?

Końcowym przystankiem naszej podróży było miasto San Miguel na wyspie Cozumel. W tym miejscu, chętnie odwiedzanym przez amatorów nurkowania (do których my się akurat nie zaliczamy), ponownie spotkaliśmy się z dziewczynami i zagraliśmy ostatnie spektakle.

Minął niecały rok, a my ponownie wyruszamy w podróż, by prowadzić warsztaty i budować plac zabaw. Tym razem naszym celem jest Jordania. Chcemy podarować trochę radości syryjskim dzieciom, doświadczonym przez wojnę i przymusową emigrację. Jeśli podoba Ci się to, co robimy, możesz nas wesprzeć, wpłacając dowolną kwotę na naszą akcję na portalu PolakPotrafi.pl: Plac zabaw dla dzieci uchodźczych w Jordanii.

Olga Ślepowrońska

Olga Ślepowrońska

Od kilku lat jej pasją jest jeżdżenie po świecie (głównie Azji i Europie) i w ramach Projektu Czuj Czuj robienie w slumsach warsztatów rozwijających kreatywność. Oprócz zabaw z dziećmi kolekcjonuje bajki i przepisy kulinarne.

Komentarze: Bądź pierwsza/y