Wchodzę do łazienki, odkręcam kurek, ciepła woda płynie po plecach. Proste – robimy to tysiące razy, tak często, że staje się to czymś naturalnym – ciepła woda po prostu jest w łazience pod prysznicem. W naszej kilkumiesięcznej podróży musimy się tego oduczyć, przestawić na inny system, w którym słowo ‚kąpiel’ oznacza coś zupełnie innego.

Najwygodniej byłoby o tym zapomnieć. W końcu częste mycie skraca życie, skóra się ściera, człowiek umiera. Na dodatek przeprowadzenie porządnej toalety w wielu miejscach na trasie wymaga dużej determinacji i czasu.

Z drugiej strony, wyhodowanie nowej skóry zrobionej z brudu potrafi istotnie obniżyć komfort podróży. Mniejsza już o nasze osobiste samopoczucie. Po kilku dniach bez mycia pojawiają się na trasie trudności obiektywne – plecak nie chce się odkleić od koszuli, muchy organizują lądowisko na naszych głowach, a tubylcy, których pytamy o drogę, bez słowa oddalają się w kierunku, z którego właśnie wieje wiatr. Wydaje się więc, że przestrzeganie nieco więcej niż minimum higieny w długiej podroży jest dobrym pomysłem. Tylko jak to zrobić?

Prysznic w jajach

Dojechaliśmy do Wietnamu. Po drodze, pierwsze wyzwanie higieniczno-sanitarne na trasie pojawiło się już kilka godzin po opuszczeniu Moskwy. Zanim ruszyliśmy w kilkudniową drogę do Irkucka, nasz pociąg wygrzewał się leniwie na słonecznym peronie Dworca Jarosławskiego. Tam zaczyna się szlak transsyberyjski. O moskiewskich upałach i pożarach lasów tego lata mówiły chyba wszystkie stacje telewizyjne na świecie. Słupek rtęci w pociągowym termometrze robił się coraz wyższy i wyższy, aż minął czterdziestkę.. Miejsca w przedziale z oknem awaryjnym (zamkniętym na stałe) stanowiły gwarancję stałej gorącej atmosfery. Ciężkie powietrze szybko przesiąkło potem popijających piwko podróżnych, zapachem tłuszczu z zupek instant i smrodem płonących lasów. Dwie doby na grillu!

Rozpuszczeni miejskimi nawykami, od razu zaczęliśmy marzyć o prysznicu. Gdy przekroczyliśmy Ural temperatura spadła, a powietrze stało się lżejsze. Ekwilibrystyczne akrobacje w pociągowej toalecie poprawiają trochę humor, ale trudno nazwać to kąpielą. Pięć dni po opuszczeniu Moskwy byliśmy w Arszanie, zdecydowanie już stęsknieni za uczuciem ciepłej wody spływającej po plecach.

W Arszanie najpierw poznaliśmy prysznic na pedały, który w zamyśle genialnego rosyjskiego wynalazcy powinien działać jak steper. Wynalazek wymaga jeszcze trochę pracy… W końcu, pamiętnego dla nas dnia 10 sierpnia 2010, udało nam się dotrzeć do gorących źródeł pod Arszanem, gdzie z zabetonowanej rury pod dużym ciśnieniem do brudnego brodzika tryskał strumień ciepłej, śmierdzącej jajami wody. To była jedna z najlepszych kąpieli życia!

Chińska „zemsta cesarza”

Każdy kolejny kraj na naszej trasie dostarczał nowych wrażeń higieniczno-sanitarnych. Mongolia – trzytygodniowy post od prysznica, przerywany kąpielami w wodospadach, zimnych jeziorach czy gorących źródłach.

Chiny – tu z prysznicami nie ma problemów, właściwie nie byłoby o czym pisać w temacie sanitarnym, gdyby nie… publiczne ubikacje. Publiczne toalety w kraju środka to atrakcja sama w sobie. To temat, który na pewno poruszycie, jeśli siądziecie w jakimś tanim chińskim hoteliku posączyć trochę piwa Tzing-Tao w gronie białych turystów.

Nieprzygotowany europejczyk wchodząc do publicznej toalety narażony jest na szok kulturowy. Chińczycy mają zdecydowanie mniejszą potrzebę prywatności niż to się przyjęło u nas. Przykłady na to spotkacie na każdym kroku, ale zdecydowanie najbardziej jaskrawym przejawem jest widok kilkudziesięciu panów kucających jeden obok drugiego w czasie załatwiania swojej większej potrzeby fizjologicznej. Bez skrępowania palą papieroski, czytają gazetki czy rozmawiają z nowopoznanym sąsiadem. Wyobrażamy sobie, że chińska ‚zemsta cesarza’ może być wyjątkowo okrutna do przeżycia.

Najwspanialsza wanna w Laosie

Na deser w naszej podróży została higiena w Laosie. Tu spodziewaliśmy się najgorszego – w końcu jeden najbiedniejszych krajów Azji, do tego tropik – wilgoć i ponad trzydzieści stopni. Tymczasem w Laosie mieliśmy dwie mistrzowskie kąpiele i to jednego dnia!

Po pierwsze wodospady pod Luang Prabang. Las tropikalny zalany szerokimi strumieniami ciepłej, słodkiej wody, spływającej po glinianych schodach pełnych zakamarków i ukrytych baseników. To chyba jedna z najwspanialszych wanien Ziemi. Natura zdecydowanie deklasuje najlepszych konstruktorów parków wodnych i jacuzzi.

Druga kąpiel była jeszcze bardziej egzotyczna – tu o starciu skóry nie było mowy – skóra była szara, gruba i porośnięta twardym włosiem. Należała do czterotonowych piękności, które skrobaliśmy po grzbietach na środku jakiejś laotańskiej rzeki. Panie Trąbalskie były wniebowzięte, z radości ćwiczyły nurkowanie i strzelanie fontann nad naszymi głowami.

Od naszego wyjazdu z kraju upłynęło ponad dwa miesiące. Obok wielu innych przygód odkryliśmy, że kąpiel może być niezapomnianym przeżyciem i ma o wiele więcej znaczeń niż kiedykolwiek sobie wyobrażaliśmy w naszej małej łazience mieszkania w bloku na trzecim piętrze.

Najlepsze miejsca na kąpiel napotykaliśmy na trasie niespodziewanie – zorganizowane przez naturę, jakby specjalnie z myślą o naszych ubrudzonych podróżą szyjach. Przerażonym czyściochom dodam na pocieszenie, że wbrew pozorom długa podróż nie musi być dla nich piekłem. Żona, bez względu na okoliczności, myła głowę przynajmniej raz na dwa dni konstruując na poczekaniu kabiny prysznicowe w najbardziej nietypowych lokalizacjach.

Paweł Stężycki

Dużo podróżuje - zwykle dwa razy dziennie tramwajem. Lubi obserwować ludzi i opowiadać historie. Ceni podróże prywatnym odrzutowcem, ale one też się cenią wiec jeździ z dziećmi PKP. Mało czyta - wystarczy mu własnych problemów. Tratatata przez pół świata

Komentarze: 2

Paweł Olszański 1 listopada 2010 o 13:15

Fajny motyw jest w Australii, gdzie przy większości plaż znajduje się prysznic, nawet na tych najbardziej odległych, niezbyt często odwiedzanych. Można śmiało się rozbić namiotem, a rano legalnie skorzystać z toalety niczym francuski piesek :)

Odpowiedz

Isa 1 kwietnia 2011 o 15:54

Bardzo fajny artykuł, przypomniałam sobie moją wycieczkę na Maderę: nocowanie w samochodzie. poranna toaleta na stacji benzynowej i.. „włamanie się” na basen żeby wziąć prysznic :)

Odpowiedz