Czuję słodko-duszny zapach i słyszę miarowy stukot kół. Otwieram oczy… No tak, jestem w transsyberyjskim pociągu. Jadę do Mongolii – krainy Dżyngis-Chana. Moje plany są sprecyzowane: chcę kupić konia i na nim przemierzyć step.

Jestem ciekawa smaku kumysu, gardłowych pieśni, a przede wszystkim ludzi. Mój mongolski ogranicza się do: dzień dobry (sajn bajn nu), dziękuję (bajarla) i przedstawienia się (najem Olga gedeg), ale nie zraża mnie to. Liczę, że obustronna ciekawość (moja i tubylców) przezwycięży barierę językową. Poza tym, podczas podróży koleją podszkolę – być może przydatny – rosyjski.

Transsybirem podróżuje się wesoło

Mam wrażenie, że w Kolei Transsyberyjskiej wszyscy wychodzą z założenia „skoro jesteśmy na siebie skazani przez kilka dni, czemu nie zamienić tego w przyjemność”. Stąd nieobecne w polskich pociągach biesiadowanie, zwierzenia, gry w karty.

Osiemdziesięcioletnia pani Tatiana jedzie do Nowosybirska odwiedzić niewidzianą od przeszło czterdziestu lat siostrę. Co chwilę częstuje mnie jajkami. Gdy widzi, jak robię dla dzieciaków zwierzątka z balonów (nigdzie nie ruszam się bez pompki i długich balonów, z których można skręcać różne cuda), całkiem się rozpromienia nad „małą Polaczką” i pakuje mi pod poduszkę kostkę czekolady. Jej syn składa mi propozycje matrymonialne: Dziewuszka! U mnie jak królowa będziesz mieć! Ja Twoim imieniem nazwę gwiazdę.

Chętnych do ożenku, zaprzyjaźnienia czy po prostu pogadania jest co niemiara. Jak w kalejdoskopie przewijają mi się przed oczami twarze, tatuaże, zasłyszane piosenki i historie. Po części to wpływ ilości poznanych ludzi, po części – ilości spożytego alkoholu. W transsybirze leje się on hektolitrami i zawsze znajdzie się ktoś, kto zaproponuje ci „jednego” za miłość, drugiego za wiarę… Transsybirskie toasty to temat na całkiem inną historię.

Aż dziw bierze, że najczęstszym powodem urazów w kolei są zatrucia jedzeniem na stacjach i poparzenia od gorącej herbaty. Bardziej zrozumiałe byłyby skomplikowane złamania, bowiem nie jest łatwo wdrapać się na swoje piętrowe łóżko z taką ilością promili we krwi. Kiedy już się wdrapiemy, należy się wsłuchać w pociąg. Ze stukotu po torach wydobywa się bowiem dziwna, melancholijna pieśń.

Pociąg do pociągu. O podróżowaniu koleją na wschodzie

Prócz zaznajamiania się ze współpasażerami ważne są także postoje na stacjach. Nie ma oczywiście czasu na zwiedzanie (pociąg stoi góra pół godziny), jest za to aż nadto na handel. Kobiety sprzedają lokalne frykasy. Specjały zmieniają się w zależności od długości geograficznej. Najpierw mamy szlak pierogów, placków, kołdunów. Potem na afisz wchodzą suszone rybki i wreszcie orzeszki cedrowe.

Ciekawie przedstawia się też sprawa z cenami. Są one zmienne w zależności od klienta (na jak naiwnego i zamożnego się wygląda) oraz od czasu, który pozostał do odjazdu pociągu – im bliżej do odjazdu, tym taniej. Nad tym, byś się nie spóźnił, czuwa, niczym pani w przedszkolu, piękna konduktorka – prowadnica. Bez niej to wszystko by po prostu nie funkcjonowało. Kiedy trzeba, wezwie policję lub lekarza. Użyczy kubka do herbaty (na końcu każdego przedziału jest samowar z darmowym wrzątkiem). Nie przebierając w słowach zwróci uwagę, gdy ktoś nadto hałasuje.

Upragniony cel – Mongolia

Opuszczamy pociąg w Ułan Ude i przesiadamy się w autobus do Ułan Bator – stolicy Mongolii. Czuję się jakbym trafiła do gry komputerowej, w której co krok czyha pułapka. Otwarte studzienki kanalizacyjne tylko czekają, by mnie pochłonąć. Trzeba refleksu i motywacji, by dostać się na drugą stronę jezdni. Kierowcy zachowują się tak, jak gdyby nie kierowali maszynami, tylko stadem rozjuszonych koni. Nie zwracają uwagi na światła, ani tym bardziej na smętnie pogwizdującego w gwizdek policjanta. Wyzywają i wymachują pięściami na pieszych, którzy odpłacają im waleniem w karoserię a niekiedy pluciem na szybę. Plują tu zresztą wszyscy, z upodobaniem i spektakularnie.

Z drugiej strony miasto wabi niekomercyjną egzotyką. Obok kilkunastopiętrowych wieżowców stoją jurty, czyli koczownicze namioty. Ludzie uśmiechają się szeroko i spokojnie patrzą w oczy. Wystarczy, że usiądziemy na chodniku przed pomnikiem Lenina, a już podchodzą chętni do rozmowy – popytać o Polskę, zaproponować pomoc, pochwalić się Dżyngis-Chanem.

Pełno przedsiębiorczych staruszek w deelach (tradycyjnym jedwabnym płaszczu, dającym ciepło w zimie a przewiewnym w lecie), które sprzedają po jednym papierosie i oferują możliwość zadzwonienia z przenośnych telefonów. W gęsto rozstawionych, skromnych knajpkach wybór dania jest jak gra w koło fortuny. Menu po angielsku praktycznie się nie zdarza, a kelnerzy mają kłopot z tym językiem.

W większości przypadków jedzenie okazuje się pyszne, głównie baranina z dodatkiem smażonego makaronu lub ryżu. Mięsożerców zainteresuje gotowany kark barana, büüdze – przyrządzone na parze pierogi z mięsem czy sors – wątróbka zawijana w błonę łojową i zapiekana na ogniu. Do tego sute caj – tradycyjna herbata z mlekiem i solą. Wegetarianie nie mieliby tu łatwego życia, ale może przy tej ilości restauracji… Zdarzyła się nawet czeska, na pewno jest i wegetariańska.

Nad talerzem z huszuur – placków z baraniny, poznajemy Tuję. Około 60-letnia, szczuplutka kobieta, o oczach jak dwie iskry, proponuje nam wspólny transport do dawnej stolicy mongolskiego imperium – Karakorum. Tam Tuja prowadzi centrum informacji turystycznej i stara się rozkręcić (dziś bardziej przypominające PGR-owską wieś, niż dawną siedzibę władcy) miasteczko. Opuszczamy więc Ułan Bator i dżipem Tuji wjeżdżamy na step. Jak jej mąż orientuje się na tej totalnie nieoznakowanej, wolnej przestrzeni? Nie ma numerów dróg, drogowskazów ani GPS.

jurta

Ger, czyli po mongolsku jurta. (Fot. Olga Ślepowrońska)

Tarbagan popijany kumysem

Podczas postoju odwiedzamy znajomych naszej przewodniczki. Wreszcie mamy szansę zobaczyć jurtę (po mongolsku ger) od środka. Z wyglądu przypomina ona odwróconą do góry dnem miskę. Na szczycie ma otwór, przez który wygląda komin piecyka, by mógł wylecieć dym.

W środku można poruszać się tylko zgodnie ze wskazówkami zegara, a przy wejściu nie wolno nadepnąć na próg, gdyż ześle się wówczas na jej mieszkańców rozmaite plagi. Tuja podpowiada nam, byśmy rozejrzeli się za workiem z kumysem i energicznie w nim zamieszali. Tradycja nakazuje, by tak uczynił gość. W telewizorze (wierzch jurty zdobi elegancka antena) przebiegły Wilk stara się przysmażyć Zająca, co powoduje wybuch radości u córeczki gospodarzy. Niestety, ze względu na nasze przybycie nie dowie się, co się dalej stało, bo telewizor zostaje wyłączony.

Rolą gospodarzy jest dogadzać gościom ze wszystkich sił, zaś rolą gościa jest siedzieć i się objadać. Honorowe miejsce zajmuje swoisty ołtarzyk ze zdjęciami rodziny. Poza tym niewiele: stół, posłanie z materaca i koców, które pełni rolę siedziska (krzeseł nie ma, ewentualnie jakiś taborecik), dwa proste, drewniane łóżka, jakieś szafeczki. Po wizycie w Mongolii pozostaje uczucie, ze opływamy w niepotrzebne przedmioty. Nagle własny dom okazuje się zagracony, a śmietnik pełen niewykorzystanych skarbów.

Gospodarz rano złapał tarbagana (podobny do świstaka gryzoń) i teraz zastanawia, się jak go wykorzystać. Z kości rzeźbi, skórę sprzeda. Mięso zjedzą, zaś jelita dostaną psy. Przy piecu gospodyni szykuje dla nas ryż z tarbaganim mięsem, a pan domu raczy nas kumysem. Jest to napój, którego podstawą jest sfermentowane mleko klaczy. Można dyskutować o jego smaku, dla jednych jest to czysta ambrozja, dla innych stuletni kefir trzymany w piwnicy. Gdy odkładamy kumysowe miseczki, dla gospodarzy to znak, żeby nam dolać. Ta historia powtarza się i powtarza. Gdy mam wrażenie, że się upiłam (kumys zawiera trzy procent alkoholu), dociera do mnie, że muszę podać miseczkę dalej. Zastanawiam się, czemu tłuściutki, sześciomiesięczny synek gospodarzy jest taki cichy. Czyżby to wpływ mlecznego napoju?

Na stół wchodzi aarul – odwodnione i suszone na słońcu zsiadłe mleko, a na popitkę archi. Jest to specyficznie pachnąca (coś między myszą a ziołami) wódka otrzymana przez destylację kumysu.

– Pij ili piej – rzuca po rosyjsku gospodarz. Albo będziemy pić, albo śpiewać. Wnętrze jurty rozbrzmiewa gardłowymi pieśniami. Próbujemy odwdzięczyć się jakimiś naszymi ludowymi piosenkami, ale okazuje się, ze znamy tylko Hej, sokoły.

Następnego dnia jedziemy dalej, zapakowanym do krańca możliwości samochodem. Na stepie niewiele osób posiada auto, wszyscy jeżdżą konno lub na motocyklach, stąd tłok w wiozącym nas dżipie. Pasażerowie z kierowcą na czele są jednak równie rozśpiewani jak mieszkańcy jurty, więc może jakoś wytrzymam te łokcie wbijające mi się w brzuch i fakt, że przygniata mnie ósemka Mongołów.

Kiedy przejeżdżamy przez strumienie, nasz kierowca wydaje okrzyki dla animuszu, przyjmuje oklaski, po czym niewzruszony kontynuuje śpiewanie. Jego gardłowy śpiew przypomina trochę buczenie odkurzacza, mocno pracuje mu grdyka, chwilami trochę boję się, że się zakrztusi.

Olga Ślepowrońska

Olga Ślepowrońska

Od kilku lat jej pasją jest jeżdżenie po świecie (głównie Azji i Europie) i w ramach Projektu Czuj Czuj robienie w slumsach warsztatów rozwijających kreatywność. Oprócz zabaw z dziećmi kolekcjonuje bajki i przepisy kulinarne.

Komentarze: 5

Bartek 2 października 2012 o 20:02

bardzo fajny tekst ;)

Odpowiedz

Karolina 3 października 2012 o 5:21

Super, ciekawa dziewczyna. Będę śledzić.

Odpowiedz

Olga 3 października 2012 o 6:11

ojej, jak milo;D pozdrawiam serdecznie

Odpowiedz

Dawid 27 stycznia 2013 o 1:10

Ale fantastycznie opowiedziana historia! Tak sobie myślę, że nie jeden poczytny autor mógłby zazdrościć Ci kunsztu i lekkości pióra. Mogę to czytać w nieskończoność.

Odpowiedz

Olga 1 lutego 2013 o 17:11

Jejku, bardzo, bardzo mi miło! :):):)

Odpowiedz