– Niedługo będzie drugi potop – stwierdza pogodnie Rusłan, ukazując złote złote jak gwiazdki. Jego kompan Sława przytakuje mu ze znawstwem Kasandry. Spokojnie dorzuca drwa do ogniska. – Wszystko zaleje… Za dużo grzechów. Ale Ałtaj się ostanie. Po prostu jest za wysoko.

– A nie zemrzecie wtedy z głodu? – pytam naiwnie.
– A skąd! Tajga wszystkich wykarmi! U nas są niedźwiedzie i bobry, czyste rzeki, wysokie góry… A tam u was w Polsce są jakieś góry?

Kim są Rusłan i Sława? I naukowcy, i statystyki, i wreszcie oni sami mają kłopot z precyzyjnym określeniem. W dużym skrócie można rzec, że Ałtajczykami – rdzennymi mieszkańcami republiki Ałtaj. Kraina ta leży w południowej części zachodniej Syberii.

Przed wielką socjalistyczną rewolucją październikową Ałtajczycy byli podzieleni na kilka rodowo-plemiennych grup. Często nie miały one ze sobą kontaktu, ze względu na odległości. Różniły je tryb życia i zwyczaje. Po rewolucji październikowej radzieccy naukowcy próbowali uporządkować nazewnictwo etniczne wśród ludów syberyjskich. Nadawali ludom i grupom nazwy, którymi one same się nie określały. Do jednego wora pod nazwą Ałtajczycy została włożona grupa północną (w skład której wchodzą m.in. Tubalarzy i Czełkancy) oraz grupa południowa (tworzą ją m.in. Telauci i Telengici). Grupa północna zajmowała się zbieractwem, bartnictwem, rybołówstwem. Grupę południową tworzyli półkoczowniczy pasterze. Poza faktem, że zamieszkują jeden teren, niewiele te wszystkie ludy łączy. Ałtajczycy zastanawiają się zatem: jesteśmy narodem czy nie?

I u nas istnieje podobne zjawisko. W Polsce żyje kilkaset tysięcy Kaszubów. Większość z nich wychodzi z założenia, że Kaszubi to grupa etniczna w obrębie narodu polskiego. Dlatego w spisie powszechnym deklarują narodowość polską. Część Kaszubów nieróżniących się pod żadnym względem od reszty podaje zaś narodowość kaszubską. Sprawa Ałtajczyków wygląda podobnie. Rusłan i Sława sami siebie nazywają Aborygenami. Rusłan wygląda jak Indianin z westernu, który przeszedł na stronę białych. Kowbojski kapelusz, skórzane spodnie, twarz Indianina. Pochodzi od Czełkanców. Maleńki, stuprocentowy macho. Kiedy się pytam, co sądzi o Ameryce, grozi pięścią górom i krzyczy buńczucznie: – My się ich nie boimy!!! Kto by napadał na takie wielkie państwo, jak Rosja?

Sława prezentuje się znacznie mniej malowniczo w swoim dresiku Pumy i miną wyrażającą całą słodycz świata.

Co zrobić, kiedy przychodzi złość?

Za naszymi plecami stoi piękna jurta, którą postawił Sława, jak mówi „dla spokoju”. Jest to zbudowany z drewnianych bali, sześciokątny budyneczek. Ma tylko jedną izbę. Mimo faktu, że jurta jest ciepła (uszczelnia się je mchem) i całkiem luksusowa (zaopatrzona w bieżącą wodę, na ścianie wisi skóra niedźwiedzia) zazwyczaj mieszka się w nich tylko latem. Na zimową porę rodziny przenoszą się do zwyczajnych, murowanych domów.

Później Aleksandra, przedstawicielka starszyzny Tabularów, zdradzi nam jednak, że w domu z marmuru nie da się żyć. Powietrze dobrze nie przenika i chce się leżeć w łóżku do południa. Łatwo o kłótnie, bo od gwiazd daleko. W jurcie energia dobrze krąży, dlatego ludzie żyją w zgodzie.

Spokój to najważniejsza wartość. Tego szukają u przyszłej żony. Ałtajskie przysłowie mówi: Kobieta ma być wodą, która gasi ogień. Rosjanie na każdym kroku, adorują dwie samotne podróżniczki z Polski. Potrafią się zakochać w pięć minut (i przez kolejne pięć minut trwania miłości napisać poemat). Deklaracje przyjaźni, piękne, metaforyczne komplementy – to słyszymy od Rosjan co chwilę. Takie egzaltacje, ekspresyjne wyrażanie emocji, podobnie jak nerwy i kłótnie – są przerażające dla Ałtajczyków. Kiedy przychodzi złość, spójrz na ogień, spójrz na wodę, spójrz na gwiazdy, w domu z marmuru gwiazdy nie prześwitują przez deski, więc o kłótnie nietrudno.

Geniusze niemile widziani

Gdy Ałtajczycy spodziewają się potomka, dokładają wszelkich starań, by był po prostu normalny. Aby dziecko urodziło się zdrowe, należy je począć kiedy księżyca przybywa. Kiedy księżyca ubywa, urodzi się ułomek. A już nie daj bóg myśleć o tych sprawach w pełni, bo urodzi się (tfu, tfu) geniusz! Wówczas wiadomo: gorąca krew, szybka śmierć, samospalanie.

Księżycowy kalendarz przydaje się nie tylko do ustalenia, kiedy począć dziecko. Wedle jego rytmu planuje się wszelkie ważne wydarzenia: swaty, zaręczyny, ślub. Na koniec rozmowy z Aleksandrą, która jest skarbnicą ałtajskich ciekawostek, dostajemy taki kalendarz. Na każdy dzień, jest w nim zaznaczony aktualny stan księżyca.

– Stosujcie się tego, a wszystko będzie dobrze – mówi.

Wciąż jest zdziwiona moim pytaniem o to, jak się traktuje u nich niepełnosprawnych. Przecież tacy się u nas nie rodzą.

Głównym celem życia kobiety jest urodzenie dziecka (najlepiej syna). Do ciężarnej inni odnoszą się z respektem i dystansem. Dawniej każda ałtajska kobieta nosiła maleńkie lniane woreczki przytroczone do spódnicy, na pępowinie swoich dzieci. Woreczek mieścił w sobie drobne monety i mleczne zęby, które dzwoniły, obijając się o siebie. Im bardziej kobieta idąc dzwoniła, tym większe miała u innych poważanie. Kiedy poród jest ciężki, mąż na chwilę zawiesza prawo o spokoju i wychodzi na dwór udawać, że strzela sobie w głowę albo się wiesza. Biedaczce nie pozostaje nic innego, jak szybko urodzić i biec ratować żywiciela rodziny.

Matka przez rok karmi piersią. Po tym czasie wyprawia wielką imprezę, na której przedstawia innym mieszkańcom społeczności jej nowego członka. Dziecku związuje się wtedy nogi i stawia na nie. Starzec przecina węzeł, żeby odtąd dziecko mogło chodzić swobodnie, było wolne. Z tą wolnością to w ogóle jest ciekawie u ałtajskich ludów. Aleksandra najpierw długo mi tłumaczy jak wyzwolone zawsze były ałtajskie kobiety.

– Mężczyzna poszedł na polowanie, a ja mam ochotę pojechać w gości? Proszę bardzo! Wsiadam na konia i jadę.

Ałtajski gender

Kilka chwil później przyznaje, że kobiety muszą odnosić się do mężczyzn per pan (zaś oni mogą mówić po imieniu), nie wolno im też chodzić boso (by nie kusić). Dawniej to rodzice wybierali swoim pociechom małżonków. Kiedy dzieci miały po trzynaście lat, rodziny uzgadniały między sobą, że zeswatają malców. Na rok oddawano jedno z narzeczonych do rodziny przyszłego małżonka. Starano się, by był to jak najmilej spędzony czas – wspólna jazda konna, wycieczki, rozpieszczanie.

Po roku sprytni rodzice, rozdzielali zauroczone sobą dzieciaki i nie pozwalali im się spotkać aż do dnia ślubu (który następował, kiedy młodzi mieli po osiemnaście lat). Cały ten zmyślny psychologicznie proces sprawiał, że zazwyczaj były to bardzo udane małżeństwa.

W co się wierzy w tajdze?

Dużą troskę o zdrowie psychiczne Ałtajczycy wykazują także w kwestiach traktowania śmierci. Nieraz od starszych Ałtajczyków można usłyszeć przysłowie: Wspominajcie mnie trzy lata po śmierci, a potem to już nie. Zdaniem tego spokojnego ludu dłuższe wspominanie zmarłego nie pozwala odpocząć duszy, a i żyjących może wpędzić w szaleństwo. Daje się więc wyczuć nutkę ironii, gdy mówią o prawosławnych Rosjanach, którzy odwiedzają swoich bliskich na grobach, zapalają dla nich światła, latami modlą się za ich duszę.

Obecnie Ałtajczycy chowają swoich bliskich w nowoczesnych grobach. Niegdyś zwłoki wybitnych ludzi, np. szamanów, zawieszano w lesie na gałęziach drzewa, które szaman sam wskazał jeszcze za życia. Im szlachetniejsze życie prowadził nieboszczyk, tym szybciej zjadały go ptaki. Nikt tego jednak nie sprawdzał, zostawiano zmarłego w lesie i nie odwiedzano go już.

Pierwotnie Ałtajczycy wyznawali szamanizm. Ich wszechświat dzielił się na trzy części – górną, środkową i dolną. Wyobrażenia tych sfer znaleźć można na rysunkach, które pokrywają szamańskie bębny i kostiumy. W pierwszym świecie rządzą liczni bogowie. W drugim żyją ludzie. Trzecie to królestwo Erlika, obszar podobny do naszego piekła. To tam wędruje szaman w pościgu za porwaną przez demony duszą jakiegoś okradzionego nieszczęśnika. Trzeba ją szybko oddać właścicielowi, bo będzie zgubiony na wieki.

Niełatwy żywot szamana

Bycie szamanem to dar od bogów. Mimo to trzeba przejść specjalne próby. Najważniejszą jest przeżycie własnej śmierci. Przyszły szaman leży trzy doby bez życia. W zaświatach mijają w tym czasie lata – demony łamią jego kości, rozrywają ciało na strzępy, wysysają mózg. Wszystko to, by stworzyć istotę obdarzoną nadprzyrodzonym talentem.

Do swoich rytuałów szamani używają bębna. Za młody lub nienaznaczony darem człowiek nie poradzi sobie z mocami ukrytymi w bębnie. Kontakt z mocami może się kończyć wtedy nawet samobójstwem. Duchy dały ścisłe wytyczne, jak powinien wyglądać bęben i w co szaman ma być ubrany. Najdrobniejszy detal stroju ma swoje znaczenie i nie może być pominięty. Szaman dźwiga więc kilkanaście kilogramów metalowych ozdób, z długiego kaftana spływa mnóstwo chustek i wstążek imitujących węże. Na plecach podzwaniają miedziane kręgi. Naszyjnik okalają czarne i brązowe pióra.

Zasady tyczą się także odprawiania szamańskich rytuałów. Nigdy po pełni księżyca. Nigdy po zachodzie słońca. W żadnym razie, gdy słońce zachodzi na czerwono! Wtedy otwierają się bramy piekieł. Podczas rytuału szaman wymawia około stu kilkuzdaniowych formuł magicznych. Przemawia glosami zwierząt, duchów i diabłów. Wykonuje skomplikowane akrobacje. W obrzędzie wykorzystuje żywność, dla uspokojenia złych duchów również alkohol.

Szamanizm wczoraj, szamanizm dziś

W czasach ZSRR surowo wypierano wszelką wiarę, a już zwłaszcza pierwotne wierzenia. Szamaństwo okrzyknięto „hamulcem budowy socjalizmu”, a szamani trafiali do więzień i łagrów. Jako owoc buntu przeciwko takiemu traktowaniu religii na Ałtaju rozwinął się nowy ruch religijny – burchanizm, często nazywany ak dziang – biała wiara. Ak dziang łączył szamanizm, elementy buddyjskie czy lamajskie oraz trochę chrześcijaństwa.

Obecnie zgodni Ałtajczycy często deklarują się jako ateiści lub prawosławni. W lasach (zwłaszcza na przełęczach) nie brakuje jednak drzew kam agacz, oznaczonych tysiącem wstążek dżalama. Mają one ułaskawić duchy tajgi w przeprawianiu się przez gęstwinę. Spełniają i inne prośby, zapewnią dziecku pomyślność, gdy idzie do szkoły, czy pogodzą zwaśnionych małżonków. Wielu mieszkańców Ałtaju chętniej uda się do szamana niż lekarza. Rusłan pokazał nam fotografię, na której uchwycono leśnych bogów (w postaci błysków). Ponoć noszona na ręku, uwalnia od czyraków. Nieraz od zaprzyjaźnionych Ałtajczyków dostawałyśmy propozycję powróżenia z łopatki barana. Zdaniem wróżbiarzy, badając szczeliny lekko opalonej nad ogniem kości można poznać sekrety przyszłości. W księgarni wśród książek medycznych znalazłam cyklicznie wydawane „Ałtajskie zagowory”. Autorka radzi jak poradzić sobie z nowotworem, przegonić nieszczęśliwą miłość i jak sprawić, aby ryby lepiej brały.

Sposób na przywołanie (szczęśliwej) miłości postanowiłyśmy z moją przyjaciółką przetestować. Sąsiadów babci, u której mieszkałyśmy w Górnoałtajsku nie zdziwił widok dwóch panienek machających srebrną patelnią na grządce kapusty i wykrzykujących zaklęcia. Na każdym kroku magia miesza się tutaj z prozą życia, teraźniejszość zaś z przeszłością.

Uważajcie na ałmysa!

Ałtajczycy należą do rasy żółtej, mają azjatyckie rysy twarzy, raczej mizerny wzrost i niezwykle gęste, czarne włosy. Poza niektórymi mieszkańcami rejonu ułagańskiego. Ci są bowiem wysocy, postawni, rudzi, niebieskoocy. Mają, jak to bywa u rudych, niemal białą cerę. Antropolodzy milczą na temat przyczyn tego fenomenu, tubylcy natomiast uważają, że jest to rezultat mezaliansu któregoś z ich przodków z ałmysem – ałtajskim odpowiednikiem yeti. Podobnych historii słyszymy co niemiara.

– Co wy tam wiecie! Jedźcie do Jazuli! – radzi nam babuszka na dworcu, gdy wymieniamy z nią opinie na temat świata i stwierdzamy, że Ałtaj jest magiczny. – Mieszkańcy tej wsi mają wzrok ostrzejszy od najlepszego snajpera. Często ich zresztą biorą do armii. Nie znajdziecie tam okularów!

O wiosce słyszeli też inni. Każdy to tłumaczy na swój sposób: pozytywna mutacja, która nastąpiła w odizolowanej społeczności – myślimy, gdy kuriozum z Ałtaju potwierdzają rozmaite artykuły. Znajoma rosyjska lekarka wskazuje na zdrowe jedzenie i świeże powietrze. Sława półgłosem mówi o pustych zbiornikach paliwa do rakiet kosmicznych. Na obszar Ałtaju spadają zużyte stopnie rakiet wystrzeliwanych z kosmodromu w Bajkonurze. Ludzie nie narzekają, bo po cenniejsze fragmenty rakiet jak w „Stalkerze” zapuszczają się specjalne ekipy poszukiwawcze. Niemało fragmentów rakiet trafiło w ręce miejscowej ludności. Zdarzały się przypadki trudnych do wygojenia oparzeń i chorób skóry, które dotknęły tych, co zbyt prędko przywłaszczyli sobie opadłe na ziemię szczątki „Wostoków”. Nie odstraszyło to innych od praktycznego wykorzystania arkuszy srebrzystej blachy do obicia domów czy nawet budowy sławojek.

Olga Ślepowrońska

Olga Ślepowrońska

Od kilku lat jej pasją jest jeżdżenie po świecie (głównie Azji i Europie) i w ramach Projektu Czuj Czuj robienie w slumsach warsztatów rozwijających kreatywność. Oprócz zabaw z dziećmi kolekcjonuje bajki i przepisy kulinarne.

Komentarze: Bądź pierwsza/y